Kategoria: Fantastyka

  • Skarby Grozy, traumy i mrok – „Dwór srebrnych płomieni”

    Po domknięciu historii Feyry i Rhysanda przychodzi czas na potężne przetasowanie i zupełnie nowy rozdział w serii. „Dwór srebrnych płomieni” (część 1) przesuwa obiektyw na Nestę i Cassiana – dwójkę bohaterów z ogromnym bagażem traum i mnóstwem niedokończonych spraw. Czy przeniesienie ciężaru narracji wyszło tej książce na dobre, jak wypada odmieniona Nesta i dlaczego Rhysand budzi tu tak skrajne emocje?

    • Tytuł: Dwór srebrnych płomieni część 1
    • Autor: Sarah J. Maas
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 7,5/10

    Prythian z trudem odbudowuje się po wyniszczającej wojnie z Hybernią, ale nad światem Fae wciąż wiszą nowe, niebezpieczne groźby. Nesta Archeron, nie potrafiąc poradzić sobie z powojenną traumą i własną, niechcianą przemianą, zatraca się w samozagładzie. Zmuszona przez najbliższych do zmiany swojego dotychczasowego życia, trafia pod opiekę Cassiana – dowódcy wojsk Dworu Nocy. Podczas gdy między tą dwójką wybuchają dawne spory i tłumione emocje, na horyzoncie pojawia się mroczne zagrożenie związane z legendarnymi Skarbami Grozy i niebezpiecznymi sojuszami. To opowieść o wychodzeniu z najgłębszego mroku, konfrontacji z własnymi demonami i walce o odzyskanie kontroli nad włanym losem.

    Przejście od historii Feyry i Rhysanda do Nesty i Cassiana okazało się strzałem w dziesiątkę. To fantastyczny krok ze strony autorki, że nie ciągnęła na siłę ich perspektywy jako głównych bohaterów- ich wątek schodzi na drugi plan i stają się postaciami pobocznymi, dzięki czemu na pierwszy plan mogli wreszcie wejść ci, wokół których narosło mnóstwo pytań. A wątków do pociągnięcia jest całe mnóstwo: świat po zburzeniu Muru wymaga przecież ponownego poukładania, a w tle wciąż wiszą nierozwiązane sprawy z Bryaxis, Lucienem, Erisem, Kościejem czy królową Briallyn.

    To, jak autorka poprowadziła postać Nesty, zasługuje na najwyższe uznanie. Maas po raz kolejny udowadnia, że nie potrafi tworzyć płytkich bohaterów – każdy z nich ma swoją własną, poruszającą głębię i własną historię do opowiedzenia. Droga Nesty jest jednak wyjątkowo surowa i prawdziwa. Widzimy tu niezwykle realistyczny obraz osoby zmagającej się z głęboką depresją po traumatycznej stracie ojca i drastycznej, niechcianej przemianie w Fae wysokiego rodu. Autorka genialnie pokazuje, że wychodzenie z dołka nie jest prostą, usłaną sukcesami ścieżką – to ciągłe wzloty i upadki, które są absolutnie naturalnym etapem leczenia ran. Sam początek powieści, gdy rodzina stawia jej twarde ultimatum i każe wziąć się w garść, był dla mnie wyjątkowo ciężki do przebrnięcia, Z drugiej strony uważam, że nawet takie trudne fragmenty są w książkach niezbędne, by w pełni zrozumieć i docenić długą drogę, jaką ta postać przeszła i jeszcze przejdzie.

    Niezwykle ciekawie wypada też dynamika relacji głównej pary. Podoba mi się, że chociaż Cassian ma w pewien sposób zaopiekować się Nestą, nie próbuje on rozwiązywać problemów za nią. Generał nie wchodzi w rolę wybawiciela na siłę, lecz staje się dla niej prawdziwym wsparciem i opoką. Z kolei Rhysand wyrasta tu na najbardziej irytującą postać poboczną – jego zaborczość oraz wręcz uderzająca nienawiść do Nesty były momentami trudne do przełknięcia.

    Akcja książki wyraźnie przyspiesza gdzieś od połowy – w czym ogromna zasługa wprowadzenia wątku poszukiwania mrocznych i niezwykle niebezpiecznych Skarbów Grozy, które potężnie podkręcają atmosferę zagrożenia. Choć całościowo nie jest to jeszcze poziom trzymania w napięciu z pierwszych trzech tomów i w bezpośredni porównaniu uważam tę część za nieco słabszą, to sam motyw owianych tajemnicą artefaktów zdecydowanie daje radę i wciąga. Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „-Poprowadzę cię tą drogą – szepnął. – Po prostu mnie nie odpychaj. Jeśli chcesz jeszcze przez tydzień wędrować w ciszy, w porządku. Pod warunkiem, że w końcu do mnie przemówisz.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Przesilenie zimowe, domowe ognisko i traumy – „Dwór szronu i blasku gwiazdu”

    Po wielkiej wojnie i potężnych emocjach w końcu nadchodzi czas na mały oddech. „Dwór szronu i blasku gwiazd” Sarah J. Maas to zupełnie inna, kameralna część, która daje nam unikalną szansę, żeby zobaczyć, jak bohaterowie radzą sobie z prozą życia, gdy opada bitewny pył.

    • Tytuł: Dwór szronu i blasku gwiazd
    • Autor: Sarah J. Maas
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 8/10

    Mieszkańcy Dworu Nocy próbują wrócić do normalności po niszczycielskiej wojnie, która zostawiła ślady w całym Prythianie. Zbliża się Przesilenie Zimowe – czas świętowania, ale też moment, w którym powracają trudne wspomnienia. Feyra, Rhysand i ich przyjaciele przygotowują się do obchodów, starając się odbudować miasto i poukładać własne życie na nowo. To spokojniejsza opowieść, o tym, jak wygląda codzienność po bitewnym szale i jak trudny bywa powrót do spokoju.

    Ta część to dla mnie naprawdę przyjemny powiew świeżości. W końcu nie mamy tutaj ciągłej gonitwy bohaterów od jednej misji do drugiej i ratowania świata na złamanie karku. Zamiast tego pokazane jest ich zwyczajne życie i to, jak bardzo odmiennie może wyglądać codzienność po przeżytej wojnie. Podobało mi się, że autorka dała nam możliwość podglądnięcia praktycznie każdego bohatera z osobna – tego, jak radzi sobie ze swoimi wewnętrznymi ranami, leczy traumy albo po prostu próbuje zapomnieć o koszmarze.

    Całość czyta się niesamowicie szybko i lekko, ale nie ukrywam, że po przewróceniu ostatniej strony zostałam z dużym niedosytem. Po tym finale najbardziej zaczęła mnie interesować dalsza droga Nesty i Cassiana i to, jak ułoży się ich relacja. Z drugiej strony strasznie brakowało mi w tym wszystkim więcej szczegółów o życiu Azriela i pokazania historii z jego perspektywy. Dokładnie to samo mam z Morrigan. Mimo to, jako lekki przerywnik w serii, książka sprawdza się bardzo dobrze. Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „-Trzech ilyryjskich wojowników. Największych ilyryjskich wojowników – uściśliłam – urządziło sobie bitwę na śnieżki.

    Oczy Mor niemal płonęły z dzikiej radości.

    -Robią to od dzieciństwa.

    -Wszyscy mają ponad pięćset lat.

    -Chcesz wiedzieć, kto obecnie prowadzi w klasyfikacji zwycięzców?”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Dworskie intrygi, wojna i nieoczekiwani sprzymierzeńcy- ” Dwór skrzydeł i zguby”

    „Dwór skrzydeł i zguby” Sarah J. Mass to potężna, wielowymiarowa powieść, w której stawka rośnie do granic możliwości, polityczne spiski gęstnieją, a wojna staje się nieunikniona. Czy zemsta naprawdę przynosi ukojenie, a dojrzałe sojusze są w ogóle możliwe, gdy każdy patrzy tylko na własny interes? Uwaga! Mogą pojawić się delikatne spoilery.

    • Tytuł: Dwór skrzydeł i zguby
    • Autor: Sarah J. Maas
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena 11/10

    Nadciągająca wojna ze śmiertelnie niebezpieczną potęgą Hybernii staje się nieuniknionym zagrożeniem dla całego Prythianu. Stawka jeszcze nigdy nie była tak wysoka, a losy wszystkich mieszkańców -zarówno śmiertelników, jak i Fae – zależą od skomplikowanych decyzji i ryzykownych zagrywek politycznych. W obliczu widma nadchodzącej zagłady zwaśnione krainy muszą stawić czoła własnym uprzedzeniom, dawne urazy odłożyć na bok, a do walki z wrogiem zjednoczyć siły, które dotąd nie darzyły się cieniem zaufania. To opowieść o lojalności, cenie poświęcenia i granicy, jaką trzeba przekroczyć, aby ocalić dom przed całkowitą destrukcją.

    Jeśli myśleliście, że po wydarzeniach z drugiego tomu Maas wyczerpała już swój limit budowania napięcia, to ta część całkowicie zdemoluje Wasze wyobrażenia. „Dwór skrzydeł i zguby” to powieść potężna i niesamowicie dopracowana, w której autorka po raz kolejny udowadnia swój niezwykły talent do tworzenia wielowarstwowych intryg. Od samego początku czuć zbliżające się widmo wojny, a Maas w mistrzowski sposób ukazuje, jak skomplikowane jest zjednoczenie skłóconego królestwa, gdy każdy z Książąt dba tylko o własne interesy i korzyści.

    Początek powieści to popis absolutnie genialnej gry aktorskiej w wykonaniu Feyry. Obserwowanie tego, jak w imię zemsty zmienia się w bezduszną, zimną i wyrachowaną Fae, po prosty porywa. To, jak rozegrała sytuację na Dworze Wiosny i jak bezlitośnie doprowadziła do zrzucenia masek oraz ukazania prawdziwych twarzy tamtejszych postaci, było zrobione po mistrzowsku. Jednak autorka nie zatrzymuje się tylko na czystej chęci odwetu – równie dobrze pokazuje trudną, wewnętrzną drogę bohaterki do ponownego odnalezienia samej siebie i wyleczenia ran po przebytych traumach.

    Niezwykle ciekawie wypada także analiza relacji i psychologii postaci pobocznych. Przez długi czas ogromnie frustrowało mnie to, jak Mor traktowała Azriela, który był w niej ewidentnie zakochany. Jednak gdy wreszcie poznajemy co nią kierowało, cała sytuacja nabiera głębszego sensu. To tylko pokazuje, jak genialny emocjonalny rollercoaster potrafi nam zaserwować autorka. Fascynujące jest także zderzenie postaw sióstr Feyry. Nesta i Elaina stanowią swoje absolutne przeciwieństwa i stanowią idealne studium tego, jak odmiennie trauma wpływa na ludzi. Podczas gdy jedna odnalazła w sobie wolę walki i nieugiętość, druga całkowicie zamknęła się w sobie. Ogromnie ciekawi mnie też, jak w kolejnych tomach rozwinie się obiecujący wątek Berona, Erisa i Luciena – mam ogromną nadzieję, że autorka sprawi, że opadnie mi szczęka.

    Sama bitwa i finałowe starcia to już emocjonalny majstersztyk, przy którym krew dosłownie mrozi się w żyłach. Ostatnie strony czytałam z zapartym tchem i nieustanną gęsią skórką na ciele. Poświęcenie Azriela i Cassiana, by za wszelką cenę ratować najbliższych i świat przed Królem Hebernii, oraz opisy odniesionych przez nich potwornych ran sprawiają, że czytelnik zamiera w przerażeniu. Niesamowite wrażenie robi fakt, że na dobrą sprawę każdy z bohaterów był oddać własne życie, byle tylko powstrzymać nadciągającą zagładę. Cały motyw użycia Kotła, kluczowa rola Nesty i Elainy oraz nieprawdopodobne, skomplikowane sojusze, jakie Feyra i Rhysand musieli zawrzeć, tworzą finał, od którego nie sposób się oderwać. To kolejna genialna odsłona tej serii, która udowadnia, że Mass jest w szczytowej formie. Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „Słyszałem cię nawet w śmierci. To właśnie skłoniło mnie, bym się obejrzał. Sprawiło, że zostałem… nieco dłużej.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Złamane serce, wojna wisząca na włosku i uzdrowienie- „Dwór mgieł i furii”

    Powrót do świata Prythianu zmienia absolutnie wszystko. „Dwór mgieł i furii” Sarah J. Maas to nie jest po prostu zwykła kontynuacja, ale mistrzowska lekcja o traumie, pozorach i cenie, jaką płaci się za wolność. Czy piękna fasada potrafi ukryć potwora, a mroczna maska najczystsze serce?

    • Tytuł: Dwór mgieł i furii”
    • Autor: Sarah J. Maas
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 9/10

    Feyra przetrwała piekło Pod Górą, ale ceną za ocalenie królestwa i ukochanego stała się jej własna śmiertelność. Choć powróciła do Dworu Wiosny jako potężna Fae, jej dusza jest pocharatana przez traumy i poczucie winy. Zaplanowany ślub i pozorna stabilizacja u boku Tamlina szybko zmieniają się w duszną, złotą klatkę. Gdy zbliża się moment spełnienia paktu zawartego z Rhysandem – mrocznym i niebezpiecznym Władcą Dworu Nocy – Feyra musi opuścić bezpieczne mury. Nie wie jeszcze, że krok w stronę ciemności zmusi ją do zweryfikowania wszystkiego, w co dotąd wierzyła, a prawdziwe zagrożenie dla świata dopiero nadciąga.

    Jeśli po pierwszym tomie myśleliście, że wiecie już wszystko o bohaterach, to ta część całkowicie zdemoluje Wasze postrzeganie całej historii. Maas zaserwowała nam powieść, od której po prostu nie sposób się oderwać, a jej styl jest lekki i płynny, że czyta się ją z zapartym tchem, kartkując kolejne strony w palącym pragnieniu dowiedzenia się, co się wydarzy dalej.

    Najpotężniejszym punktem te powieści jest niesamowicie dojrzałe, psychologiczne podejście do traumy po wydarzeniach Pod Górą, a zderzenie postawy Tamlina i Rhysanda to po prostu mistrzostwo świata. Tamlin staje się tu wyjątkowo irytującą postacią, która całkowicie ignoruje to, przez jakie piekło przeszła Feyra i jak bardzo tragedia ją zmieniła. Traktuje ją jak marionetkę mającą bez słowa wykonywać jego wolę, grając z nią w denerwującą, psychologiczną grę. Kreuje się przed światem na szlachetnego i dobrego, podczas gdy w rzeczywistości okazuje się brutalem zamykającym swoją ukochaną w „złotej klatce”. Autorka genialnie pokazuje na jego przykładzie, jak człowiek owładnięty obsesją potrafi posunąć się do granic przyzwoitości, a nawet bezczelnie je przekroczyć, byle tylko zdobyć to, czego nie może dostać polubownie. U jego boku Feyra po prostu więdła, pozbawiona własnego głosu.

    I wtedy na scenę wkracza Rhysand. To postać, która udowadnia, że nie wolno nikogo oceniać po masce, jaką nakłada na potrzeby przetrwania. Rhys świadomie pokazuje światu mroczną stronę, by za wszelką cenę chronić swój lud i najbliższych, ale to właśnie ten rzekomy brutal ma w rzeczywistości najczystsze serce. Od samego początku daje Feyrze wolną wolę oraz swobodę wyboru. Nawet na samym początku, gdy bohaterka jeszcze go nienawidzi, między tą dwójką od razu czuć potężną, wręcz elektryzującą chemię. To, jak Rhysand próbuje ją prowokować, denerwować i przekomarzać się z nią tylko po to, by wyciągnąć ją z najmroczniejszych zakamarków traumy, sprawia, że czytelnik po prostu nie potrafi się nie zaśmiać. On nie udaje, że tragedia się nie wydarzyła. Słucha jej, chce jej naprawdę pomóc i zadbać o nią bez odbierania jej autonomii, nie pozwalając przy tym, by całkowicie pochłonęła ją apatia.

    Warsztatowo Maas po raz kolejny rozbiła bank. Genialnie przemyca nawiązania do stosunkowo niepozornych elementów fabuły z pierwszego tomu, by po czasie rzucić nas na kolana odkryciem, że przecież już zdradziła nam istotne informacje o wiele wcześniej. Rozterki bohaterów są rozpisane w tak głęboki sposób, że bez problemu wczuwamy się w ich stan psychiczny i współodczuwamy ich ból czy radość. Z kolei opisy walk zostały skonstruowane niezwykle obrazowo i szczegółowo – bez traktowania ich po łebkach – dzięki czemu podczas lektury ma się autentyczne wrażenie przebywania w samym środku starcia.

    Samo zakończenie jest po prostu genialne. Finał trzyma w tak potwornym napięciu, że na koniec opada szczęka, a w głowie zostaje tylko jedna myśl: „muszę natychmiast sięgnąć po kolejny tom”. „Dwór mgieł i furii” to majstersztyk w swoim gatunku – opowieść o tym, jak toksyczne środowisko potrafi niszczyć człowieka od środka i jak prawdziwa akceptacja pozwala narodzić się na nowo. Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych książek jakie czytałam. Przekonajcie się sami, że warto przeczytać [w tym miejscu].

    „- To tym ci tak zalazłam za skórę? Że się odcięłam? Czy też, że Tarquin z taką łatwością się do mnie zbliżył?

    -Zalazłaś mi za skórę tym – powiedział Rhys, oddychając nieco nierówno – że się do niego uśmiechnęłaś.

    Reszta świata rozmyła się w mgłę, gdy jego ostanie słowa powoli do mnie docierały.

    – Jesteś zazdrosny.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Tajemnice, zgnilizna i dworskie intrygi – „Brimstone”

    Dwa tomy, powracające schematy i romans, który wciąż szuka swojego głosu. ” Brimstone” od Callie Hart to kontynuacja „Quicksilver”, po którą sięgałam z dużą rezerwą. Czy drugi tom mrocznej serii fantasy zdołał naprawić grzechy, czy po raz kolejny utknęliśmy w cieniu obcych inspiracji?

    • Tytuł: Brimstone
    • Autor: Callie Hart
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 7/10

    „Brimstone” kontynuuje mroczną i skomplikowaną historię rozpoczętą w „Quicksilver”. Stawka rośnie, a konsekwencje wcześniejszych decyzji zaczynają zbierać krwawe żniwo. Saeris i Kingfisheer muszą zmierzyć się nie tylko z rosnącym zagrożeniem i niebezpiecznymi układami, ale też z własną relacją i niepewną przyszłością. Gdy granica między wrogiem a sojusznikiem zaczyna się zacierać, na jaw wychodzą nowe fakty, które mogą zmienić układ sił w tym świecie.

    Po pełnym rezerwy odbiorze pierwszego tomu, do „Brimstone” podchodziłam z umiarkowanym optymizmem, ale też ze sporymi wymaganiami. Po cichu liczyłam na to, że Callie Hart wreszcie wyjdzie z cienia Sarah J. Maas i zaserwuje nam coś, co wyrwie mnie z kapci. Jak wyszło w praktyce? To historia dwóch połówek – jednej trudnej do przełknięcia i drugiej, która wreszcie daje nadzieję na świetną serię.

    Zacznijmy od tego, co wciąż kulawym krokiem ciągnie się za tą historią – od wątku romantycznego. Jeśli mam być szczera: ja wciąż nie czuję tej właściwej, elektryzującej chemii między Kingfisherem a Saeris. Owszem, jest może minimalnie lepiej niż w pierwszym tomie, ale ich interakcje dynamicznie uciekają w mocno … kumpelski vibe. Zamiast płomiennego uczucia i napięcia rodem z najlepszych romantasy, dostajemy relację, w której dialogi potrafią być momentami po prostu cringowe. Co zabawne (i nieco zatrważające), znacznie więcej specyficznej, mrocznej chemii i napięcia czułam już w tej dziwnej, skomplikowanej znajomości Kingfishera z Carrionem niż w głównym romansie.

    Dodatkowo, choć styl autorki jest lekki, przyjemny i książkę pochłania się błyskawicznie, zaciągnięcia z prozy Maas wciąż są dostrzegalne i rzucają się w oczy. Jednak od połowy książki dzieje się coś przełomowego. Fabuła w końcu łapie odpowiedni rytm i zaczyna mieć w sobie „to coś”. Callie Hart wreszcie wprowadza więcej autorskiej oryginalności, a akcja zagęszcza się z rozdziału na rozdział. Pojawia się autentyczne, duszne napięcie i ciekawość co zaraz się wydarzy i przez jakie piekło będą musieli jeszcze przejść bohaterowie. Zamiast przewracania stron z pobłażliwym uśmiechem, zaczęłam czytać z prawdziwym, żywym zainteresowaniem.

    A sama końcówka? Ekstra. Finał trzyma w ogromnym napięciu, a cliffhanger jest z gatunku tych, po których człowiek ma ochotę natychmiast sięgnąć po kolejny tom. Zostajemy z dręczącym pytaniem „co dalej?” i ogromnym apetytem na więcej.

    „Brimstone” to książka wyraźnego postępu. Jeśli autorka w trzecim tomie utrzyma poziom drugiej połowy tej powieści – albo pójdzie jeszcze krok dalej w stronę mroku i oryginalności – ta seria naprawdę ma szansę stać się pozycją wartą polecenia. Na razie wciąż kuleje romans, ale fabularnie zaczyna się robić naprawdę gorąco! Przekonajcie się sami klikając [w tym miejscu].

    „Gdyby mógł, podjąłby dziesiątki innych decyzji. Cofnąłby wiele podłych słów. Znając konsekwencje swoich działań, zmieniłby ich tysiące. Niemniej bezcelowe było patrzenie wstecz i pragnienie zmiany przeszłości.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Elfy, alchemia i miłość, która przetrwa wszystko- „Quicksilver”

    Świat oszalał na punkcie „Quicksilvera” autorstwa Callie Hart, ale czy ta książka naprawdę jest tak przełomowa, jak twierdzą booktokerki? Mroczny świat fae, magia i śmiertelnie niebezpieczne intrygi – brzmi jak przepis na idealne romantasy. Jednak po lekturze mam niezwykle mieszane odczucia. Czy uległam instagramowej modzie, czy może dostałam tylko… kolejną kopię znanych hitów?

    • Tytuł: Quicksilver
    • Autor: Callie Hart
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 4,5/10

    Callie Hart zabiera nas do niebezpiecznego świata fae, gdzie magia miesza się z bezwzględną walką o przetrwanie i politycznymi spiskami. To opowieść o sekretach, lojalności i przekraczaniu granic w świecie, gdzie nikomu nie można ufać. Czy nowo powstałe przymierze zdoła przetrwać, gdy na szali leżą losy królestwa, a przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć? Poznaj historię, która oczarowała czytelników na całym świecie!

    Kiedy jakaś książka opanowuje całe media społecznościowe, podchodzę do niej z ogromną ekscytacją, ale i lekkim dystansem. Tak samo było z „Quicksilver” od Callie Hart. Obietnica mrocznego świata fae, intrygującej magii i klimatu, który ma nas całkowicie pochłonąć, sprawiła, że musiałam po nią sięgnąć. I muszę przyznać jedno – ta historia niesamowicie mocno mnie podzieliła.

    Zacznijmy od tego co wyszło świetnie: sam pomysł na fabułę jest naprawdę obiecujący. Autorka stworzyła fundamenty pod uniwersum, które ma ogromny, wręcz gigantyczny potencjał na kolejne tomy. Polityczne gierki, mroczna atmosfera i zasady rządzące tym światem potrafią wciągnąć i sprawić, że chce się wiedzieć więcej. Jako czyste fantasy, ta książka broni się naprawdę dobrze. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy zaczynamy drapać pod powierzchnią.

    Przede wszystkim oryginalność, a raczej jej brak. Podczas czytania niemal bez przerwy miałam z tyłu głowy jedną myśl: „gdzieś to już czytałam”. Inspiracje absolutnymi hitami od Sarah J. Maas są tutaj tak uderzające i tak mocno rzucają się w oczy, że momentami trudno było mi przymknąć na to oko. Jeśli Callie Hart chce utrzymać nas przy tej serii na dłużej, w kolejnych częściach musi postawić na własną tożsamość, zamiast odtwarzać schematy, które wszyscy już doskonale znamy.

    Drugi zarzut to dla mnie absolutny cios w serce każdego fana romantasy: romans w tej książce po prostu kuleje. Między głównymi bohaterami kompletnie nie poczułam chemii. Zabrakło tych elektryzujących iskier, napięcia, które sprawia, że przewracamy strony z zapartym tchem, i tej magnetycznej więzi, która powinna spajać cała tę historię. Bez tego kluczowego elementu cała relacja wydała mi się po prostu płaska.

    „Quicksilver” to książka z ogromnym, niewykorzystanym potencjałem. To świetne fanstasy z ciekawym pomysłem na fabułę, ale niestety dość słabe romantasy. Jeśli przymkniecie oko na rzucające się w oczy kopie z książek Maas i nie nastawicie się na porywający wątek miłosny – możecie się przy tym całkiem dobrze bawić. Ja jednak czuję spory niedosyt i mam nadzieję, że w kolejnym tomie autorka rozwinie skrzydła. Jeśli chcecie przekonać się sami to sprawdźcie [w tym miejscu].

    ” Niekiedy, aby uniknąć poważniejszego bólu, musimy znieść mniejszy, który musi ktoś zadać.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Krwawa przeszłość, skrywana tajemnica i epicka miłość- „Ballada o spadających smokach”

    Niebo dosłownie wali się na głowę, sekrety z przeszłości ociekają krwią, a relacja, na którą czekamy z zapartym tchem, wystawia naszą cierpliwość na najcięższą próbę. „Ballada o spadających smokach” Sarah A. Parker to ponad 800 stron emocjonalnego rollercoastera. Czy drugi tom serii utrzymał genialny, mroczny klimat jedynki? Czy slow burn między Raeve a Kaanem w obliczu nadchodzącej apokalipsy wreszcie zapłonął żywym ogniem?

    • Tytuł: Ballada o spadających smokach
    • Autor: Sarah A. Parker
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 10/10

    Świat staje na krawędzi ostatecznej zagłady. Nadchodzące Księżycospadanie grozi unicestwieniem całych królestw, a czas na ratunek nieubłaganie ucieka. Kaan Vaegor desperacko próbuje zjednoczyć rozproszonych sojuszników, podczas gdy Raeve staje przed najtrudniejszym wyborem w swoim życiu. Rozdarta między niszczycielskim pragnieniem zemsty a budzącą się nadzieją na przyszłość, musi dotrzeć do najgłębszych, krwawych sekretów swojej przeszłości i legendy o smoku Slatrze.

    Jeśli myśleliście, że pierwszym tom poturbował bohaterów, to „Ballada o spadających smokach” całkowicie zresetuje Wasze pojęcie o literackim okrucieństwie. Ta książka dosłownie niszczy emocjonalnie- Sarah A. Parker wrzuca nas w sam środek globalnego kataklizmu, gdzie widmo Księżycospadania wisi nad światem jak wyrok. Autorka ponownie nie bierze jeńców. Tym razem stawka jest jednak o wiele wyższa, a polityczne, bezwzględne intrygi i milczenie dawnych sojuszników Kaana budują duszną atmosferę osaczenia i beznadziei. Z drugiej strony postać Raeve z rozdziału na rozdział coraz bardziej ukazuje wewnętrzne rozbicie między niszczycielską żądzą krwawej zemsty na oprawcach a poznaniem bolesnej prawdy o przeszłości Elluin Nevan i smoka Slatry. To nie jest przewidywalna bohaterka, która nagle staje się idealna – jej dzikość i frustrujące decyzje bolą tak samo, jak w pierwszym tomie jeżeli nie bardziej.

    Dla fanów wątku romantycznego mam jedną wiadomość: to wciąż jest genialny, rasowy slow burn, który momentami wręcz rani czytelnika. Kaan lawirując między próbą ocalenia swojego ludu i walką z wewnętrznymi wrogami, daje Raeve przestrzeń do zemsty i odnalezienia siebie. Ponowna bliskość między nimi rodzi się pośród traum, bólu i zapomnianych tajemnic.

    Parker po raz kolejny udowadnia, że potrafi planować intrygę. Kiedy powoli dokopujemy się do najgłębszych sekretów przeszłości Raeve, autorka zrzuca na nas takie bomby, że zakończenie po prostu zwala z nóg – człowiek dosłownie zbiera szczękę z podłogi! To, co dzieje się na ostatnich stronach, zostawia nas w kompletnym szoku, z sercem pękniętym na pół i kompletnym chaosem w głowie.

    „Ballada o spadających smokach” to genialne, choć emocjonalnie dewastujące rozwinięcie uniwersum. To opowieść o tym, że czasami, aby wywalczyć przyszłość, trzeba najpierw stanąć twarzą w twarz z własnymi demonami z przeszłości. Jeśli kochacie mroczne romantasy, poturbowanych bohaterów i książki, które niszczą psychicznie, by na koniec zostawić Was w szoku – ten tom Was pochłonie. Sprawdźcie sami [w tym miejscu].

    „- Z największym szacunkiem – mruknąłem tak delikatnie, jakbym śpiewał kołysankę- ale łatwiej by ci poszło z przekonaniem świata, żeby przestał się kręcić, niż z przekonaniem mnie, żebym przedłożył swoje życie ponad twoje.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Alchemia, nekromancja, a w tle epicka miłość- „Alchemised”

    Czy idealne zakończenia w ogólne istnieją? „Alchemised” autorstwa SenLinYu to książka, która potrafi zachwycić, zmusić do zarywania nocek, a jednocześnie głęboko frustrować i ranić. To bezwzględne, mroczne fantasy z motywem alchemii. Jeśli szukacie historii pełnej trudnych wyborów, w której granica między dobrem a złem całkowicie się zaciera, a bohaterowie są tak poturbowani przez los, że ich szczęście ma twarz pełną blizn i traumy- ta recenzja jest dla was. Ale ostrzegam – tu nie ma miejsca na tanie fajerwerki.

    • Tytuł: Alchemised
    • Autor: SenLinYu
    • Gatunek: Dark fantasy
    • Moja ocena: 7,5/10

    W brutalnym świecie „Alchemised”, gdzie wojenna rzeczywistość nie oszczędza nikogo, Helena bezgranicznie poświęca się wyższym celom Wiecznego Płomienia. Stojący po przeciwnej stronie barykady, Kaine staje się częścią bezwzględnej machiny wojennej. SenLinYu serwuje bezkompromisowe dark fantasy o dwójce nieidealnych bohaterów uwikłanych w mroczną alchemię i moralne bagno, gdzie każda decyzja niesie za sobą potworne konsekwencje. To opowieść o cenie przetrwania, w której lojalność wobec własnych ludzi zmusza do przekraczania najcięższych granic, a rodzące się w mroku relacje zostaną wystawione na najcięższą próbę. Jaką cenę trzeba zapłacić za walkę o swoje ideały w świecie, który nie zna litości?

    Przejście przez „Alchemised” to dla czytelnika prawdziwa droga przez mękę – i to w obu znaczeniach tego słowa. Z jednej strony początek książki potrafi solidnie wymęczyć, zwłaszcza pierwsze rozdziały. Styl autorki bywa ciężki, gęsty od fachowych opisów procesów alchemicznych i teorii rządzących magią. Jednak dla mnie ten naukowy rygor szybko stał się plusem – zamiast ślepo podążać za tym jak coś po prostu działa, dostajemy wgląd w surową mechanikę mocy bohaterów. I kiedy ta historia w końcu rusza z kopyta… totalnie przepadłam. Zarywałam nocki, czytałam i słuchałam audiobooka w każdej wolnej chwili, kompletnie odcięta od rzeczywistości.

    Ta opowieść urzeka powolnym, niemal magnetycznym budowaniem napięcia, sekretami i ewolucją relacji między Heleną a Kainem. Metamorfoza Heleny to majstersztyk – jej wewnętrzne przemiany nie dzieją się pod wpływem impulsu, to naturalny, bolesny proces. Niestety, potrafiła też niesamowicie irytować swoim ślepym oddaniem Wiecznemu Płomieniowi. Jej fiksacja na punkcie sprawy sprawiała, że kompletnie nie dostrzegała oczywistego: to Kaine jako jedyny ryzykował absolutnie wszystkim, byle tylko ją ochronić.

    Sami bohaterowie są cudownie nieidealni. Oboje brodzą w moralnym bagnie – on robi potworne rzeczy dla zemsty i dla niej, ona poświęca niewinność dla ruchu oporu i ostatecznie dla niego. Niestety, w tym mroku zabrakło mi głębszej analizy relacji Kaine’a z Morrough – kilku nawet krótkich rozdziałów z perspektywy Namiestnika. Wpływ tyrana na mężczyznę został potraktowany zbyt powierzchownie – przez to moment, w którym Kain ostatecznie krzywdzi Helenę, wydaje się wręcz zbyt płytki o niedopowiedziany.

    Nie sposób także przejść do porządku dziennego nad momentem poczęcia Enid Rose. To potwornie brutalna, makabryczna chwila, na myśl o której wciąż się wzdrygam. Niby rozumiem zamysł braku wyboru w tej chwili, no ale jednak….tempo wybaczenia ze strony Heleny i sama brutalność tego aktu były dla mnie barierą nie do przeskoczenia.

    Największe rozczarowanie przynosi jednak sam finał. Po tak genialnym napinaniu struny przez cała książkę, pod koniec spodziewałam się spektakularnych fajerwerków i potężnego starcia alchemików. Zamiast tego wielkie zwycięstwo nad Morrough oglądamy z ostatnich rzędów, słuchając jedynie czytanego fragmentu gazety, co drastycznie odbiera końcówce impet. Chociaż patrząc ile bohaterowie wycierpieli, rozumiem pewien zamysł SenLinYu, aby odsunąć ich z pierwszego planu i zostawić innym troskę o przyszłość świata. Fenomenalnie pokazana zostaje także polityczno- społeczna refleksja. Autorka niesamowicie pokazuje, jak ludzkość potrafi obrzydliwie przekręcić historię. Ci, którzy oddali całe swoje życie, zostają potępieni i uznani za potworów, podczas gdy bierni obserwatorzy spijają śmietankę jako wielcy bohaterowie.

    Mimo ogromnego niedosytu związanego z finałem i paru fabularnych potknięć, „Alchemised” kupiło mnie swoim surowym realizmem. SenLinYu nie zaserwowała nam infantylnego „i żyli długo i szczęśliwie”. Pokazała, że z głębokich traum i blizn nie wychodzi się za pstryknięciem palca, a wywalczone szczęście bywa niezwykle kruche. To bolesna, trudna, ale niesamowicie magnetyczna książka, które na długo we mnie pozostanie. Przekonajcie się sami [w tym miejscu], czy także macie podobne odczucia.

    „Myślisz, że wybierasz, dla kogo walczysz, a tak naprawdę, to tylko dwie strony tego samego medalu”.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Smoki, przeznaczenie i epicka miłość? – „Kiedy wykluł się księżyc”

    Witajcie w świecie gdzie smoki umierając przekształcają się w księżyce widoczne na niebie, a wojna między królestwami podobno wisi na włosku. ” Kiedy wykluł się księżyc” Sarah A. Parker to pierwsza część cyklu „Spadające księżyce”, która porwie was w swoje ramiona już od pierwszych stron. To romantasy jest pełne brutalności, odkrywania siebie, wielkich tajemnic oraz skomplikowanych relacji.

    • Tytuł: Kiedy wykluł się księżyc
    • Autor: Sarah A. Parker
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 9,5/10

    Raeve to bezwzględna zabójczyni pracująca dla grupy buntowników. Przede wszystkim ma wykonywać rozkazy i nie dać się złapać. Jednak kiedy jej świat zostaje wywrócony do góry nogami, trafia przed sąd Gildii Szlachty – wpływowych fae. Wtrącają ją oni do więzienia. Kaan Vaegor wiele lat temu stracił miłość swojego życia, i żeby zaleczyć swoje złamane serce wyrusza w podróż. Doprowadza go to do podziemi zamku, gdzie uwięziona została Raeve. Jak potoczą się ich losy? Czy przeznaczenie wygra?

    Sarah A. Parker stworzyła historię, która całkowicie wymyka się schematom. To mroczna, pełna zwrotów akcji powieść, w której piękno miłości miesza się z brutalną rzeczywistością świata. Raeve – główna bohaterka – wplątuje nas w totalny emocjonalny rollercoaster – jest dzika, nieokrzesana, uparta w swoich postanowieniach, czy to kogoś zabić, czy to kogoś nie pokochać. Odgradza się całkowicie murem od głębszych uczuć, co jest tak frustrujące…, ale kto nie chciałby tak jak ona od czasu do czasu odgrodzić się od bolesnych doznań. W tym wszystkim widać jak autorka niesamowicie dobrze zna się na psychice – bezbłędnie opisuje motywacje nawet tych najbardziej zepsutych bohaterów, ukazując traumę w czystej jej postaci.

    Urzekająca w tej książce jest także relacja bohaterów – totalny slow burn. Napięcie rośnie ze strony na stronę, jednak żadne z nich nie wykonuje tego pierwszego kroku. Aż ma się ochotę krzyczeć, żeby Raeve lub Kaan wykonali w końcu ten pierwszy krok. Autorka idealnie przedstawia ten tak brutalny świat z perspektywy ich miłości – nie ma tu miejsca na nagłe wybuchy uczuć, to gra pełna ostrożności, bolesnego przyciągania i starych niezabliźnionych ran.

    Sarah A. Parker tworząc świat w powieści, wykazała się dużą oryginalnością. Wymyśliła własną mitologię opartą na smokach, które gdy umierają zmieniają się w księżyce widoczne z ziemi. Wręcz rzuciło mnie to na kolana.

    Styl autorki jest dość specyficzny, może nie spodobać się każdemu. Używa ona ciężkiego, poetyckiego języka, nasyconego terminologią stworzoną na potrzeby cyklu.

    Parker wie jak budować napięcie. Kiedy już myślimy, że zagłębiliśmy się do najczarniejszych czeluści przeszłości Raeve, Kaana i innych, okazuje się, że czekają tam na nas kolejne fabularne bomby atomowe. Muszę jednak przyznać, mimo iż książka mnie urzekła, spodziewałam się większej akcji – więcej bitew. Sarah A. Parker bardzo wolno rozwija historię i skupia się mocno na wydarzeniach związanych z Raeve i Kaanem. Mimo wszystko książka jest genialna i zostanie ze mną na długo. Przekonajcie się sami [ w tym miejscu].

    ” – Jesteś stronniczy, panie. I być może zapominasz, że parę razy o mało cię nie rozpłatałam.

    – Nie jestem stronniczy. Ja mam, kurwa, obsesję – burknął, przyciągając mnie do siebie.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Walka o przetrwanie i narodziny nowej magii – „Uczennica Maga”

    Świat, w którym o pozycji kobiet decydują jej pochodzenie oraz uprzedzenia, a potężne, sąsiednie państwo tylko czeka na pretekst do najazdu. W tym wszystkim Tessia, w dość nieoczekiwany sposób odkrywa swój talent magiczny i zrywa z dotychczas przyjętym porządkiem. Czy powolny początek opłaca się przeczekać dla finałowej, pełnej napięcia wojny? Sprawdźmy.

    • Tytuł: Uczennica Maga
    • Autor: Trudi Canavan
    • Gatunek: Fantasy
    • Moja ocena: 8/10

    Młoda Tessia marzy o tym, aby w przyszłości leczyć i pomagać ludziom jak jej ojciec. Podczas jednego z wyjść do pacjenta jej świat zostaje wywrócony do góry nogami, gdy odkrywa w sobie potężną moc. Zostaje przyjęta na nauki do Maga Dakona, gdzie poznaje jego ucznia Jayana. W tym samym czasie w Sachace Steria przyjeżdża do domu swego ojca, pełna marzeń i nadziei na pomoc w prowadzeniu interesów. Jednak rzeczywistość jest zupełnie inna i brutalna. Bohaterowie nie mają pojęcia, że wkrótce kruchy pokój między Kyralią i Sachaką przerodzi się w krwawą i brutalną wojnę. Tessia, Jayan i Steria zostaną zmuszeni do porzucenia wszystkiego w co do tej pory wierzyli, a ich wybory zapoczątkują zupełnie nową erę.

    Rozpoczynając czytanie „Uczennicy Maga” spodziewałam się porywającej historii o wielkich Magach i ich przygodach. Niestety z początku lekko się rozczarowałam, ale… było warto. Autorka pokazuje nam świat, który nie jest doskonały. Magowie są podzieleni i władają własnymi majątkami. To środowisko pełne klasowych podziałów i salonowych konwenansów.

    Książka rozpoczyna się dość niepozornie od opowieści o Tessi i jej pomocy ojcu w leczeniu chorych. Jednak w wyniku nieszczęśliwego wydarzenia w domu Maga Dakona odkrywa ona w sobie potężną moc i zostaje „zmuszona” do podjęcia nauki, gdyż inaczej jej moc może wymknąć się spod kontroli. Tam poznaje ucznia Jayana. To właśnie czytanie o ich drodze od nienawiści do przyjaźni trzymało mnie w ciągłym napięciu. Nie mogłam się doczekać kiedy Trudi Canavan w końcu pokaże w jakim kierunku zmierzy ich relacja, zwłaszcza, iż mieli oni do przełamania wiele uprzedzeń ( Tessia jest dziewczyną z prowincji, a Jayan pochodzi z wpływowego, bogatego rodu).

    Równolegle autorka przedstawia nam losy wychowanej w Elyne Sterii, która zamieszkuje ostatecznie w domu swego ojca w Sachace. Jej wątek jest zupełnie inny, gdyż na własnej skórze doświadcza jak brutalne i patriarchalne jest tamtejsze społeczeństwo, w którym rola kobiety sprowadzona jest głównie do rodzenia silnych magicznie potomków. Steria musi ukrywać swój talent i szybko uczy się jak przetrwać w świecie pełnym politycznych intryg i sekretów.

    Mimo iż pierwsza połowa książki rozwija się dość powoli – autorka poświęca wiele uwagi nauce magii, medycynie i codziennemu życiu w posiadłości – to jednak warto uzbroić się w cierpliwość. Mniej więcej w połowie wybucha wojna, a najeźdźcy wkraczają do Kyralii, używając przerażającej magii, akcja pędzi na złamanie karku.

    „Uczennica Maga” to świetna powieść fantasy, która stanowi prequel do trylogii „Czarnego Maga”. Pokazuje nam narodziny potężnych sojuszy, trudne początki nowego rodzaju magii i mroczne sekrety magii destrukcyjnej. Jeśli niestraszny Wam bardziej obyczajowy start, ta historia na pewno Was porwie. A jeśli tak jak ja chcesz od razu mieć na półce całą serię, najniższe ceny wszystkich tomów sprawdzisz [w tym miejscu].

    „- Myślałem, że jesteś po prostu kolejną dumną dziewczyną z prowincji – przyznał Jayan, nie patrząc na nią.

    – A ja myślałam, że jesteś nieznośnym snobem z miasta – odpowiedziała z lekkim uśmiechem Tessia – Wygląda na to, że oboje się myliliśmy.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *