Kategoria: Fantastyka

  • Anioły, Wielka Wojna i Gniazdo – „Kroniki krwi i mroku”

    Szukacie mrocznego, brutalnego dark fantasy, w którym aniołowie nie mają nic wspólnego z bezgrzesznymi istotami, a świat jest surowy, krwawy i skąpany w odcieniach szarości? Zbiorcze wydanie „Kronik krwi i mroku” Katarzyny Wycisk to lektura, która wciąga bez reszty, zachwyca złożonością świata i serwuje niezwykle dojrzały slow burn. Czy jednak to dopracowane, obfite w brutalne walki tomiszcze przynosi w finale w pełni satysfakcjonujące zwieńczenie losów bohaterów?

    • Tytuł: Kroniki krwi i mroku
    • Autor: Katarzyna Wycisk
    • Gatunek: Dark fantasy (18+)!
    • Moja ocena: 7,5/10

    Ograniczony do trzech surowych wysp świat Alaris to miejsce, w którym przetrwanie wymaga najwyższej ceny, a przymierza tworzy się we krwi. W krainie zamieszkanej przez mroczne stworzenia i anioły, których intencje dalekie są od szlachetności, Moon musi stawić czoła przeszłości i sekretom, które mogą zmienić układ sił. Gdy na jej drodze staje Drake – tajemniczy, nieustępliwy wojownik – oboje zostają wciągnięci w wir wydarzeń, w których nie ma miejsca na błędy. ” Kroniki krwi i mroku” to potężna, brutalna i pełna emocjonalnego napięcia opowieść o przetrwaniu, przeznaczeniu i walce z mrokiem, który kryje się zarówno w świecie zewnętrznym, jak i w ludzkich sercach.

    „Kroniki krwi i mroku” to powieść, która od pierwszych stron zaskakuje rozmachem i bezlitosną surowością. Kreacja świata zamkniętego na zaledwie trzech wyspach budzi natychmiastowe skojarzenia z klimatem postapokaliptycznym – jest niebezpiecznie, brutalnie i nieustannie czuć w powietrzu gęstniejący mrok. Autorka wykreowała fenomenalną faunę i florę tego świata, gdzie absolutnie nic nie jest czarno- białe. Im głębiej wchodzimy w historię tutejszych stworzeń, tym lepiej rozumiemy ich motywacje i mechanizmy przetrwania. Doskonałym posunięcięm było też przedstawienie aniołów – zapomnijcie o łagodnych, świetlistych istotach. Tutaj to postacie pełne skaz, bezwzględne i nie mające z tradycyjnymi wyobrażeniami absolutnie nic wspólnego, co daje powiew ogromnej świeżości w gatunku.

    Warstwa fabularna prowadzi nas przez niesamowicie krwawe, detaliczne i efektowne opisy starć – odcinane kończyny i drastyczne sceny walk nadają całości prawdziwego ciężaru dark fantasy. Mimo iż tempo akcji bywa skrajnie dynamiczne, a autorka narzuca szybki rytm prowadzenia wydarzeń, nie odczuwa się tego jako wady. To po prostu cecha jej porywającego stylu. Choć początkowo pojawia się pewien niedosyt szczegółów i skłonność do niedopowiedzeń, z czasem wszystko układa się w logiczną całość i nabiera głębokiego sensu. Ogromną zaletą jest tu oddanie głosu nie tylko głównym postaciom, ale i bohaterom drugo- czy trzecioplanowym. Zmiana perspektyw pozwala spojrzeć na konflikt z wielu stron i wyrobić sobie własne zdanie. Co ciekawe, moją absolutną faworytką okazała się Lavena- postać, która przez większość czasu mnie irytowała jako rozpuszczona trzpiotka, przeszła najbardziej satysfakcjonującą, niesamowitą drogę ku zmianie, przełamując własne demony.

    Na osobne wyróżnienie zasługuje relacja między Moon a Drakiem. Ich ponowne spotkanie w lesie natychmiast generuje wyczuwalną chemię, ale autorka dawkuje to uczucie z niezwykłą wyrozumiałością. To typowy, mistrzowsko poprowadzony slow burn, w którym napięcie przypomina wręcz pradawne, nieuchronne przyciąganie. Nie ma tu natychmiastowego, buchającego ognia – jest za to głębokie, dojrzałe połączenie dwóch skomplikowanych dusz, z których każda skrywa pod pancerzem własne tajemnice i ból. Przez całą lekturę razem z bohaterami przeżywamy ich rozterki, cierpienia i rzadkie chwile radości.

    Niestety, największy zgrzyt tej monumentalnej historii nadszedł dla mnie w samym finale. Po setkach stron budowania napięcia, krwawych bitwach i emocjonalnym wyczekiwaniu na ostateczne domknięcie losów postaci, zwieńczenie całej opowieści pozostawiło we mnie ogromne poczucie zawodu. Finałowe starcia są co prawda widowiskowe, jednak sposób, w jaki autorka poprowadziła rozwiązanie wątków bohaterów, zderza czytelnika z dużym niedosytem i pytanie: „Serio? To na prawdę tak ma się skończyć?”. Mimo tego gorzkiego posmaku na samej mecie, „Kroniki krwi i mroku” pozostają rewelacyjnie napisaną, wartką i niezwykle klimatyczną serią, po którą każdy miłośnik fantasy powinien sięgnąć bez wahania [w tym miejscu].

    „Bycie zapomnianym (…) potrafi wypaczyć nawet najczystsze wspomnienie.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Veniny, smoki i walka o przetrwanie – „Onyx Storm”

    Czy po emocjonalnym trzęsieniu ziemi z po poprzednich tomów Rebecca Yarros była w stanie unieść poprzeczkę jeszcze wyżej? „Onyx Storm” to książka, na którą wszyscy czekaliśmy z zapartym tchem – pełna gęstniejących sekretów, politycznych roszad i uczucia, które musi przetrwać najcięższą próbę.

    • Tytuł: Onyx Storm
    • Autor: Rebecca Yarros
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena:11/10

    Zagrożenie dla królestwa przybiera na sile, a dostępna dotąd wiedza przestaje wystarczać. Violet Sorrengail musi wznieść się na wyżyny swoich możliwości, nawigując między śmiertelnie niebezpiecznymi starciami a bezwzględną polityczną grą, w której każdy ma własny ukryty interes. W świecie, gdzie dawni wrogowie mogą stać się jedynymi sojusznikami, magia wymyka się spod znanych dotąd reguł, a sekrety najbliższych osób zaczynają ciążyć bardziej niż kiedykolwiek, stawka rośnie z każdym dniem . Relacje zostają poddane ostatecznej próbie, a Violet i jej towarzysze muszą zdecydować, ile są w stanie poświęcić, by powstrzymać nadciągający mrok. „Onyx Storm”to porywająca, pełna napięcia opowieść o lojalności, politycznych intrygach i walce, w której cena zwycięstwa może okazać się zbyt wysoka.

    Jeśli myśleliście, że Rebecca Yarros wyczerpała już swój limit zwrotów akcji i tajemnic, to „Onyx Storm” wyprowadzi Was z błędu. Ta książka to prawdziwy majstersztyk, jeśli chodzi o budowanie napięcia i prowadzenie wielowątkowej historii. Autorka doskonale wie, jak hodować sekrety – tajemnice gonią tu kolejne tajemnice, ale nie jest to zrobione w sposób przytłaczający. Kiedy akcja zwalnia i następuje moment wyciszenia, wcale nie czuć nudy. Yarros robi to tak płynnie, że przez każdy rozdział przechodzi się z niesłabnącą ciekawością, a co najważniejsze – nawet skomplikowane rozgrywki polityczne są tu napisane w sposób fascynujący i dynamiczny. Ogromnym plusem tego tomu jest rozwinięcie i pogłębienie samego systemu magicznego. Sposób, w jaki opisano działanie magii, zaintrygował mnie bez reszty – fakt, że nie działa ona wszędzie tak samo, a znane nam już z drugiego tomu runy zyskują tu większe znaczenie, nadaje całemu światu niesamowitej świeżości i głębi.

    Dynamika między bohaterami w tym tomie wchodzi na zupełnie nowy poziom intensywności. Relacja Xadena i Violet jest absolutnie niesamowita – mimo że przez przeważającą część czasu są skazani na przymusową rozłąkę, napięcie i iskry między nimi niemal wypalają strony. Czuć z każdego rozdziału, jak niemiłosiernie się kochają i jak zdeterminowani są, by walczyć o drugą osobę za wszelką cenę. To już nie jest zwykła przygoda czy nastoletnie dramaty, ale dramatyczny wyścig z czasem, w którym jedno za wszelką cenę próbuje uratować drugie. Równowagą dla tego ciężkiego napięcia są ich drobne, codzienne interakcje, gdy już uda im się spotkać. Zazdrosny Xaden potrafi być niemożliwie zabawny, a jego spięcia z Haldenem ciągle wywoływały u mnie niekontrolowany śmiech. Oczywiście patrząc na to z boku, w obliczu śmiertelnego zagrożenia i wojennej zawieruchy ta ich męska rywalizacja i docinki momentami trąciły dziecięcą głupotą…. ale powiedzmy sobie szczerze: kto z miłości nie głupieje?

    Równie fascynująco wypada wątek samych smoków i magii, który w tym tomie otwiera zupełnie nowe możliwości. Jestem wręcz zaintrygowana tym, dokąd zmierza historia Andarny – autorka stworzyła pod nią tak niezwykły fundament, że może rozwinąć ten wątek w absolutnie genialnym, niespodziewanym kierunku. Z ogromną fascynacją i ciarkami na plecach śledziłam też relacje bohaterów z ich smokami. Dużo sprzecznych uczuć wywoływała relacja Xadena ze Sgael – w tej części praktycznie jej nie było i pod kątem czytelniczym wywołało to we mnie pewien niedosyt. Z drugiej strony, patrząc na to, co wydarzyło się na koniec drugiego tomu, postawę Sgael można w pełni zrozumieć i uzasadnić.

    Z kolei od strony relacji ludzkich autorka mocno serwuje nam niedopowiedzenia wokół postaci drugoplanowych. Cała ta aura tajemniczości krążąca wokół Garricka, a po samym finale również wokół Bodhiego, potrafi dobijać. Człowiek siedzi nad stronami i zachodzi w głowę, czy któryś z nich stał się Veninem, czy po prostu mają do odegrania jakąś kluczową rolę w nadchodzącym starciu. Jedynym moim realnym zarzutem do konstrukcji książki jest ograniczenie perspektywy. Uwielbiam znać punkt widzenia różnych postaci na te same wydarzenia, dlatego ogromnie żałuję, że możliwość spojrzenia na akcję z innych stron dostajemy dopiero na samym końcu. Aż prosiło się, by dać innym bohaterom więcej przestrzeni w trakcie trwania całej powieści!

    Mimo tego drobnego niedosytu, „Onyx Storm” uważam za najlepszą i najbardziej dojrzałą część. Zwieńczenie historii i cliffhanger to po prostu absolutna masakra emocjonalna. Zostałam z gigantycznym niedosytem i w tym momencie, jedyne, o czym marzę, to dorwać w ręce kontynuację i dowiedzieć się co będzie dalej! Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „Jesteś jedyną osobą na świecie, która potrafi pozbawić mnie wszelkiej kontroli i jedyną, przy której nawet nie chcę sobie wyobrazić, że ją tracę.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Nowi wrogowie, Smoki i skrywane sekrety – „Iron Flame”

    Są takie książki, na które czeka się z zapartym tchem, a po lekturze jedyne co człowiek potrafi z siebie wykrztusić, to bezwzględne „uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! „. „Iron Flame”, czyli druga część fenomenu „Fourth Wing” Rebecci Yarros, to potężna dawka emocji, która totalnie mnie zaszokowała. Czy autorka udźwignęła ciężar ogromnych oczekiwań po genialnym pierwszym tomie?

    • Tytuł: Iron Flame
    • Autor: Rebecca Yarros
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 12/10

    Rewolucja stała się faktem, a Violet Sorrengail znalazła się w samym jej centrum. Po dramatycznych wydarzeniach w akademii Basgiath dziewczyna musi stawić czoła nowej rzeczywistości, w której zdrada, sekrety i polityczne gierki są na porządku dziennym. W świecie, gdzie smoki i jeźdźcy muszą zmierzyć się z przerażającym wrogiem, Violet odkrywa, że prawda o jej królestwie jest mroczniejsza, niż kiedykolwiek przypuszczała. Aby ocalić tych, na których jej zależy, musi zaryzykować wszystko – w tym relację z Xadenem, który sam skrywa tajemnice mogące zniszczyć ich oboje.

    Szczerze mówiąć, po skończeniu „Iron Flame” wciąż zbieram szczękę z podłogi. Ta historia to absolutny emocjonalny rollercoaster, który trzymał mnie w napięciu do ostatniej strony. Nawet początek, mimo że spokojniejszy i pozbawiony od razu wielkiej akcji, był super – genialnie wyjaśniał całe zamieszanie po finale pierwszej części i rzucał nowe światło na ten brutalny świat. Rebecca Yarros po raz kolejny udowodniła, że potrafi budować napięcie. Z każdym rozdziałem stawka rośnie. Świat mocno się rozrasta i fabuła nie skupia się wyłącznie na Jeźdźcach Smoków, ale oddaje sprawiedliwość oraz należny kredyt również Skrybom czy Jeźdźcom Gryfów.

    Dynamika między Violet a Xadenem w tym tomie to temat rzeka. Momentami ich relacja była dla mnie potwornie irytująca. Ciągły brak zaufania, ukrywanie tajemnic i teksty Riorsona w stylu „musisz mi zaufać, ale nic ci nie powiem” to były dla mnie ewidentne „red flags”. Z drugiej strony świetnie autorka pokazała, jak ciężko było mu się otworzyć przed drugą osobą. Mimo swoich oporów dawał Violet furtkę do poznania go, co ostatecznie prowadziło ich przynajmniej do częściowego przepracowania nawarstwiających się problemów. Chemia między nimi wciąż rozwala system, ale widać, że miłość w tak okrutnym świecie wymaga ciągłej pracy.

    Jeśli chodzi o pozostałe postaci, to co do Daina mam wciąż mocno mieszane uczucia. W „Iron Flame” wypadł co prawda o wiele lepiej i widać w nim zmianę, ale ja nadal nie potrafię przejść do porządku dziennego z tym, co zrobił w pierwszym tomie. Za to absolutną gwiazdą tej części stała się dorastająca Andarna. Fragmenty z nią są po prostu rozbrajająco zabawne – zachowuje się jak typowa, humorzasta nastolatka, a ja uśmiałam się na jej kwestiach niesamowicie mocno! Yarros doskonale radzi sobie także z wprowadzaniem nowych bohaterów. Weźmy taką Cat – na początku strasznie mnie irytowała i zastanawiałam się, po cholerę w ogóle dodano tą postać, poza robieniem za piąte koło u wozu i sztucznego antagonistę. Z czasem jednak widać jej wyraźny rozwój. Autorka ewidentnie wie, co robi – postaci, które na pierwszy rzut oka wydają się nieistotnymi, z czasem zyskują głębszy cel.

    Sama końcówka i finałowy zwrot akcji mnie rozwaliły – doprowadziły mnie do momentu, w którym po prostu płakałam, a chwilę później miałam ochotę krzyczeć. Co najważniejsze, ten dramatyczny krok nie jest zrobiony na siłę – postać podjęła swoją decyzję w konkretnym celu i totalnie rozumiem ten wybór. „Iron Flame” to książka, którą się po prostu chłonie, która potrafi ugodzić w najczulszy punkt, ale którą kocha się każdą komórka ciała. przekonajcie się [w tym miejscu].

    „Aotrom wydmuchuje gorący podmuch pary nad naszymi głowami. Wszyscy trzej lotnicy dostają w twarz nie tylko parą, ale też… czy to gluty?”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Smoki, tajemnice i miłość- „Fourth Wing”

    Są takie książki, po lekturze których człowiek siedzi w całkowitym oszołomieniu i po prostu nie wie, jak wrócić do rzeczywistości. „Fourth Wing” Rebecci Yarros to absolutna petarda i światowy fenomen romantasy, który dosłownie powalił mnie na kolana. Czy powieść o brutalnej akademii jeźdźców smoków rzeczywiście zasługuje na cały ten zachwyt?

    • Tytuł: Fourth Wing
    • Autor: Rebecca Yarros
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 13/10

    Dwudziestoletnia Violet Sorrengail miała spędzić życie wśród zakurzonych ksiąg w Kwadrancie Skrybów. Wszelkie plany niszczy jednak jej matka – surowa generał i bohaterka wojenna – która rozkazuje dziewczynie dołączyć do Kwadrantu Jeźdźców Smoków. W świecie, gdzie smoki nie wiążą się z „wątłymi” ludźmi, a jedynie ich palą, a inni kadeci są gotowi zabić Violet tylko ze względu na nazwisko jej matki, przetrwanie wydaje się niemożliwe. Wyjątkowo niebezpieczny okazuje się Xaden Riorson – bezwzględny i potężny dowódca skrzydła. Aby przeżyć, Violet musi wykorzystać cały swój spryt i wolę walki, zanim dopadnie ją wojna lub własne słabości.

    Rebecca Yarros okazała się prawdziwym geniuszem gatunku romantasy – szczerze mówiąc, tak genialnej książki jeszcze w swoim życiu nie czytałam. Stworzony przez nią świat jest niezwykle oryginalny i dopracowany. Nie mamy tu do czynienia z banalnie prostą fabuła, ale równocześnie historia nie jest przekomplikowana na tyle, by czytelnik pogubił się w zasadach tego świata. Początek – jak to zwykle bywa przy wprowadzaniu w nowe uniwersum – potrafi momentami troszkę nużyć, ale tutaj i tak wypada to bardzo dobrze. Od pierwszej strony z niecierpliwością wyczekiwałam, czy Violet w ogóle przetrwa i czy jej misja się powiedzie. Napięcie budowane z biegiem fabuły momentami staje się wręcz nie do wytrzymania!

    Autorka genialnie wykreowała postać głównej protagonistki. Violet pokazuje, że nawet chorowite osoby, zmagające się z własnymi ograniczeniami i słabościami ciała, mogą odnaleźć w sobie niesamowitą, wręcz gigantyczną siłę do walki. Ogromny plus dla Yarros za to, że nie robi z niej niepokonanej heroiny na siłę – mimo ciężkich treningów i wylewania siódmych potów, jej dolegliwości ciągle tam są, co czyni ją potwornie ludzką i wiarygodną. Co więcej – w końcu natrafiłam na postać kobiecą w fantasy, która mimo głębokich uczuć do płci przeciwnej, potrafi zadbać o własne uczucia, myśleć trzeźwo i twardo postawić granice! Co prawda na samym początku, gdy zrozumiała swoje uczucia względem Xadena, wydawała mi się odrobinę desperatką, ale ich relacja rozwija się w fantastycznym kierunku.

    Główny motyw enemies-to-lovers został tutaj rozegrany po prostu genialnie. Fakt, że Xaden jest synem zdrajcy, a matka Violet to surowy generał, stawia ich w kompletnie beznadziejnej sytuacji. Obserwowanie, jak ta dwójka powoli odnajduje siebie nawzajem w świecie, gdzie z założenia powinni się nienawidzić i walczyć o przetrwanie, niesamowicie wciąga. Chemia między nimi dosłownie powoduje iskry w powietrzu. Uwielbiam postać Xadena – z jednej strony jest niezwykle tajemniczy i głęboko zamknięty w sobie, a z drugiej bezgranicznie troskliwy i kochający. Kiedy pod sam koniec książki dostajemy możliwość przeczytania fragmentu z jego punktu widzenia, cieszyłam się jak mała dziewczynka. Myślę, że każda kobieta chciałaby mieć wgląd w myśli swojego faceta – zwłaszcza jeśli chodzi o jego uczucia!

    Xaden tworzy też potężny kontrast dla Daina, który strasznie mnie irytował przez całą powieść. Był niesamowicie zapatrzony we własny czubek nosa i w ogóle nie słuchał Violet ani nie wierzył w jej możliwości. Xaden za to pchał ją do rozwoju i widział w niej prawdziwą siłę.

    Relacja Violet ze smokami – Tairnem i Andarną – to kolejny absolutny hit tej powieści. Są po prostu rozbrajająco zabawni, a momentami śmiałam się do rozpuku z tego, jak bezczelnie sobie dogryzają. Tairn na swój sposób jest dla niej jak ojciec, natomiast Andarna jest po prostu tak przeurocza, że nie da się jej nie pokochać od pierwszej sekundy.

    Gdy dochodzi do starć, opis bitew jest tak realistyczny, że miałam wrażenie, jakbym sama brała w nich udział. Na finałowej bitwie wręcz się popłakałam przytłoczona emocjami, a sama końcówka wprawiła mnie w totalny szok – moje serce dosłownie zgubiło kilka uderzeń! To książka, która zostawia w głowie ślad na bardzo długo. Koniecznie musicie ją przeczytać [w tym miejscu].

    „To był… zaszczyt.”

    „Wystarczy tylko jedno zdesperowane pokolenie, by zmienić bieg historii… a nawet ją wymazać.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Przyjaźń, Rytuał Krwi i Królowa- „Dwór srebrnych płomieni”

    To jest ten moment, na który wszyscy czekaliśmy! Druga część „Dworu srebrnych płomieni” wrzuca nas bez ostrzeżenia na najwyższe obroty, serwując potężną dawkę akcji, emocji i odpowiedzi na pytania, które spędzały sen z powiek. Czy przebudzenie mocy Nesty, wątek ciąży Feyry i Rytuał Krwi spełnią oczekiwania?

    • Tytuł: Dwór srebrnych płomieni część 2
    • Autor: Sarah J. Maas
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 8,5/10

    Akcja drugiej części nabiera potężnego tempa. Nesta wspierana przez Cassiana oraz swoje nowe przyjaciółki – Gwyn i Emerie – stawia czoła nie tylko tajemniczym Skarbom Grozy, ale przede wszystkim morderczemu Rytuałowi Krwi. Nad Prythianem wisi widmo ataku ze strony królowej Briallyn, a kluczem do przetrwania staje się nieokiełznana, przerażająca moc Nesty. To książka pełna dynamiki, poświęcenia i ostatecznego odkupienia dawnych win.

    Druga część tomu to prawdziwa jazda bez trzymanki – dostajemy tu mnóstwo wartkiej akcji, potężnych emocji i niesamowitego tempa. Książkę czyta się błyskawicznie i po prostu nie sposób się od niej oderwać. Niezwykle poruszające jest obserwowanie, jak ogromną i ciężką pracę nad samą sobą wykonała Nesta. Jej wewnętrzna przemiana, powolne wyciąganie siebie z mroku oraz moment, w którym w końcu pokazuje pełnię swojej potężnej mocy, to po prostu majstersztyk w wykonaniu Maas. Ostateczne poświęcenie Nesty i wyciągnięcie ręki do sióstr stanowiło niezwykle wzruszające zwieńczenie jej trudnej drogi do wyleczenia dawnych ran.

    Niezwykle mocnym filarem tej części jest piękny wątek przyjaźni Nesty, Gwyn i Emerie. Obserwowanie, jak ich relacja rozwija się od braku zaufania do potężnej, głębokiej więzi, jest po prostu genialne. Rytuał Krwi – który sam w sobie wyszedł spektakularnie – ukazał to w stu procentach. To, jak te kobiety bezwzględnie się ratowały i pokładały w sobie ogromne zaufanie w skrajnych warunkach Góry Ramiel, trzymało w napięciu do samego końca! Na ogromnego plusa zasługuje również relacja Nesty i Cassiana, gdyż chemia między tą dwójką jest absolutnie genialna, a w powietrzu dosłownie iskrzy od emocji.

    Żeby nie było jednak tak kolorowo, mam też swoje małe ale. Wątek ciąży Feyry potwornie mnie irytował, a zwłaszcza momenty kiedy Rhysand wycisza sprawę i ukrywa przed własną partnerką fakt, że i ona i jej dziecko są w śmiertelnym zagrożeniu. Feyra miała prawo wiedzieć o tym od samego początku! Dodatkowo rozwiązanie wątku starej królowej Briallyn poszło według mnie trochę za szybko. Po tak długim budowaniu zagrożenia, sam finał tej historii sprawiał wrażenie przysłowiowego pstryknięcia palcami – puff i po sprawie. Totalny niedosyt w tym aspekcie. Ale za to po tym, co wydarzyło się na koniec książki, jestem niesamowicie ciekawa dalszej historii Erisa, a nawet z chęcią przeczytałabym kilka rozdziałów z jego punktu widzenia.

    Mimo tych drobnych minusów, książka jest w 100 % warta polecenia. To porywająca, wartościowa historia, która zostawia apetyt na więcej i sprawia, że już nie mogę się doczekać kolejnych części! Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „Zabiłabym każdego, kto sprawił, że poczułeś się gorszy, niż jesteś. Wiem też, że należę do tej grupy, i nienawidzę tego.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Skarby Grozy, traumy i mrok – „Dwór srebrnych płomieni”

    Po domknięciu historii Feyry i Rhysanda przychodzi czas na potężne przetasowanie i zupełnie nowy rozdział w serii. „Dwór srebrnych płomieni” (część 1) przesuwa obiektyw na Nestę i Cassiana – dwójkę bohaterów z ogromnym bagażem traum i mnóstwem niedokończonych spraw. Czy przeniesienie ciężaru narracji wyszło tej książce na dobre, jak wypada odmieniona Nesta i dlaczego Rhysand budzi tu tak skrajne emocje?

    • Tytuł: Dwór srebrnych płomieni część 1
    • Autor: Sarah J. Maas
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 7,5/10

    Prythian z trudem odbudowuje się po wyniszczającej wojnie z Hybernią, ale nad światem Fae wciąż wiszą nowe, niebezpieczne groźby. Nesta Archeron, nie potrafiąc poradzić sobie z powojenną traumą i własną, niechcianą przemianą, zatraca się w samozagładzie. Zmuszona przez najbliższych do zmiany swojego dotychczasowego życia, trafia pod opiekę Cassiana – dowódcy wojsk Dworu Nocy. Podczas gdy między tą dwójką wybuchają dawne spory i tłumione emocje, na horyzoncie pojawia się mroczne zagrożenie związane z legendarnymi Skarbami Grozy i niebezpiecznymi sojuszami. To opowieść o wychodzeniu z najgłębszego mroku, konfrontacji z własnymi demonami i walce o odzyskanie kontroli nad włanym losem.

    Przejście od historii Feyry i Rhysanda do Nesty i Cassiana okazało się strzałem w dziesiątkę. To fantastyczny krok ze strony autorki, że nie ciągnęła na siłę ich perspektywy jako głównych bohaterów- ich wątek schodzi na drugi plan i stają się postaciami pobocznymi, dzięki czemu na pierwszy plan mogli wreszcie wejść ci, wokół których narosło mnóstwo pytań. A wątków do pociągnięcia jest całe mnóstwo: świat po zburzeniu Muru wymaga przecież ponownego poukładania, a w tle wciąż wiszą nierozwiązane sprawy z Bryaxis, Lucienem, Erisem, Kościejem czy królową Briallyn.

    To, jak autorka poprowadziła postać Nesty, zasługuje na najwyższe uznanie. Maas po raz kolejny udowadnia, że nie potrafi tworzyć płytkich bohaterów – każdy z nich ma swoją własną, poruszającą głębię i własną historię do opowiedzenia. Droga Nesty jest jednak wyjątkowo surowa i prawdziwa. Widzimy tu niezwykle realistyczny obraz osoby zmagającej się z głęboką depresją po traumatycznej stracie ojca i drastycznej, niechcianej przemianie w Fae wysokiego rodu. Autorka genialnie pokazuje, że wychodzenie z dołka nie jest prostą, usłaną sukcesami ścieżką – to ciągłe wzloty i upadki, które są absolutnie naturalnym etapem leczenia ran. Sam początek powieści, gdy rodzina stawia jej twarde ultimatum i każe wziąć się w garść, był dla mnie wyjątkowo ciężki do przebrnięcia, Z drugiej strony uważam, że nawet takie trudne fragmenty są w książkach niezbędne, by w pełni zrozumieć i docenić długą drogę, jaką ta postać przeszła i jeszcze przejdzie.

    Niezwykle ciekawie wypada też dynamika relacji głównej pary. Podoba mi się, że chociaż Cassian ma w pewien sposób zaopiekować się Nestą, nie próbuje on rozwiązywać problemów za nią. Generał nie wchodzi w rolę wybawiciela na siłę, lecz staje się dla niej prawdziwym wsparciem i opoką. Z kolei Rhysand wyrasta tu na najbardziej irytującą postać poboczną – jego zaborczość oraz wręcz uderzająca nienawiść do Nesty były momentami trudne do przełknięcia.

    Akcja książki wyraźnie przyspiesza gdzieś od połowy – w czym ogromna zasługa wprowadzenia wątku poszukiwania mrocznych i niezwykle niebezpiecznych Skarbów Grozy, które potężnie podkręcają atmosferę zagrożenia. Choć całościowo nie jest to jeszcze poziom trzymania w napięciu z pierwszych trzech tomów i w bezpośredni porównaniu uważam tę część za nieco słabszą, to sam motyw owianych tajemnicą artefaktów zdecydowanie daje radę i wciąga. Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „-Poprowadzę cię tą drogą – szepnął. – Po prostu mnie nie odpychaj. Jeśli chcesz jeszcze przez tydzień wędrować w ciszy, w porządku. Pod warunkiem, że w końcu do mnie przemówisz.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Przesilenie zimowe, domowe ognisko i traumy – „Dwór szronu i blasku gwiazdu”

    Po wielkiej wojnie i potężnych emocjach w końcu nadchodzi czas na mały oddech. „Dwór szronu i blasku gwiazd” Sarah J. Maas to zupełnie inna, kameralna część, która daje nam unikalną szansę, żeby zobaczyć, jak bohaterowie radzą sobie z prozą życia, gdy opada bitewny pył.

    • Tytuł: Dwór szronu i blasku gwiazd
    • Autor: Sarah J. Maas
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 8/10

    Mieszkańcy Dworu Nocy próbują wrócić do normalności po niszczycielskiej wojnie, która zostawiła ślady w całym Prythianie. Zbliża się Przesilenie Zimowe – czas świętowania, ale też moment, w którym powracają trudne wspomnienia. Feyra, Rhysand i ich przyjaciele przygotowują się do obchodów, starając się odbudować miasto i poukładać własne życie na nowo. To spokojniejsza opowieść, o tym, jak wygląda codzienność po bitewnym szale i jak trudny bywa powrót do spokoju.

    Ta część to dla mnie naprawdę przyjemny powiew świeżości. W końcu nie mamy tutaj ciągłej gonitwy bohaterów od jednej misji do drugiej i ratowania świata na złamanie karku. Zamiast tego pokazane jest ich zwyczajne życie i to, jak bardzo odmiennie może wyglądać codzienność po przeżytej wojnie. Podobało mi się, że autorka dała nam możliwość podglądnięcia praktycznie każdego bohatera z osobna – tego, jak radzi sobie ze swoimi wewnętrznymi ranami, leczy traumy albo po prostu próbuje zapomnieć o koszmarze.

    Całość czyta się niesamowicie szybko i lekko, ale nie ukrywam, że po przewróceniu ostatniej strony zostałam z dużym niedosytem. Po tym finale najbardziej zaczęła mnie interesować dalsza droga Nesty i Cassiana i to, jak ułoży się ich relacja. Z drugiej strony strasznie brakowało mi w tym wszystkim więcej szczegółów o życiu Azriela i pokazania historii z jego perspektywy. Dokładnie to samo mam z Morrigan. Mimo to, jako lekki przerywnik w serii, książka sprawdza się bardzo dobrze. Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „-Trzech ilyryjskich wojowników. Największych ilyryjskich wojowników – uściśliłam – urządziło sobie bitwę na śnieżki.

    Oczy Mor niemal płonęły z dzikiej radości.

    -Robią to od dzieciństwa.

    -Wszyscy mają ponad pięćset lat.

    -Chcesz wiedzieć, kto obecnie prowadzi w klasyfikacji zwycięzców?”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Dworskie intrygi, wojna i nieoczekiwani sprzymierzeńcy- ” Dwór skrzydeł i zguby”

    „Dwór skrzydeł i zguby” Sarah J. Mass to potężna, wielowymiarowa powieść, w której stawka rośnie do granic możliwości, polityczne spiski gęstnieją, a wojna staje się nieunikniona. Czy zemsta naprawdę przynosi ukojenie, a dojrzałe sojusze są w ogóle możliwe, gdy każdy patrzy tylko na własny interes? Uwaga! Mogą pojawić się delikatne spoilery.

    • Tytuł: Dwór skrzydeł i zguby
    • Autor: Sarah J. Maas
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena 11/10

    Nadciągająca wojna ze śmiertelnie niebezpieczną potęgą Hybernii staje się nieuniknionym zagrożeniem dla całego Prythianu. Stawka jeszcze nigdy nie była tak wysoka, a losy wszystkich mieszkańców -zarówno śmiertelników, jak i Fae – zależą od skomplikowanych decyzji i ryzykownych zagrywek politycznych. W obliczu widma nadchodzącej zagłady zwaśnione krainy muszą stawić czoła własnym uprzedzeniom, dawne urazy odłożyć na bok, a do walki z wrogiem zjednoczyć siły, które dotąd nie darzyły się cieniem zaufania. To opowieść o lojalności, cenie poświęcenia i granicy, jaką trzeba przekroczyć, aby ocalić dom przed całkowitą destrukcją.

    Jeśli myśleliście, że po wydarzeniach z drugiego tomu Maas wyczerpała już swój limit budowania napięcia, to ta część całkowicie zdemoluje Wasze wyobrażenia. „Dwór skrzydeł i zguby” to powieść potężna i niesamowicie dopracowana, w której autorka po raz kolejny udowadnia swój niezwykły talent do tworzenia wielowarstwowych intryg. Od samego początku czuć zbliżające się widmo wojny, a Maas w mistrzowski sposób ukazuje, jak skomplikowane jest zjednoczenie skłóconego królestwa, gdy każdy z Książąt dba tylko o własne interesy i korzyści.

    Początek powieści to popis absolutnie genialnej gry aktorskiej w wykonaniu Feyry. Obserwowanie tego, jak w imię zemsty zmienia się w bezduszną, zimną i wyrachowaną Fae, po prosty porywa. To, jak rozegrała sytuację na Dworze Wiosny i jak bezlitośnie doprowadziła do zrzucenia masek oraz ukazania prawdziwych twarzy tamtejszych postaci, było zrobione po mistrzowsku. Jednak autorka nie zatrzymuje się tylko na czystej chęci odwetu – równie dobrze pokazuje trudną, wewnętrzną drogę bohaterki do ponownego odnalezienia samej siebie i wyleczenia ran po przebytych traumach.

    Niezwykle ciekawie wypada także analiza relacji i psychologii postaci pobocznych. Przez długi czas ogromnie frustrowało mnie to, jak Mor traktowała Azriela, który był w niej ewidentnie zakochany. Jednak gdy wreszcie poznajemy co nią kierowało, cała sytuacja nabiera głębszego sensu. To tylko pokazuje, jak genialny emocjonalny rollercoaster potrafi nam zaserwować autorka. Fascynujące jest także zderzenie postaw sióstr Feyry. Nesta i Elaina stanowią swoje absolutne przeciwieństwa i stanowią idealne studium tego, jak odmiennie trauma wpływa na ludzi. Podczas gdy jedna odnalazła w sobie wolę walki i nieugiętość, druga całkowicie zamknęła się w sobie. Ogromnie ciekawi mnie też, jak w kolejnych tomach rozwinie się obiecujący wątek Berona, Erisa i Luciena – mam ogromną nadzieję, że autorka sprawi, że opadnie mi szczęka.

    Sama bitwa i finałowe starcia to już emocjonalny majstersztyk, przy którym krew dosłownie mrozi się w żyłach. Ostatnie strony czytałam z zapartym tchem i nieustanną gęsią skórką na ciele. Poświęcenie Azriela i Cassiana, by za wszelką cenę ratować najbliższych i świat przed Królem Hebernii, oraz opisy odniesionych przez nich potwornych ran sprawiają, że czytelnik zamiera w przerażeniu. Niesamowite wrażenie robi fakt, że na dobrą sprawę każdy z bohaterów był oddać własne życie, byle tylko powstrzymać nadciągającą zagładę. Cały motyw użycia Kotła, kluczowa rola Nesty i Elainy oraz nieprawdopodobne, skomplikowane sojusze, jakie Feyra i Rhysand musieli zawrzeć, tworzą finał, od którego nie sposób się oderwać. To kolejna genialna odsłona tej serii, która udowadnia, że Mass jest w szczytowej formie. Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „Słyszałem cię nawet w śmierci. To właśnie skłoniło mnie, bym się obejrzał. Sprawiło, że zostałem… nieco dłużej.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Złamane serce, wojna wisząca na włosku i uzdrowienie- „Dwór mgieł i furii”

    Powrót do świata Prythianu zmienia absolutnie wszystko. „Dwór mgieł i furii” Sarah J. Maas to nie jest po prostu zwykła kontynuacja, ale mistrzowska lekcja o traumie, pozorach i cenie, jaką płaci się za wolność. Czy piękna fasada potrafi ukryć potwora, a mroczna maska najczystsze serce?

    • Tytuł: Dwór mgieł i furii”
    • Autor: Sarah J. Maas
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 9/10

    Feyra przetrwała piekło Pod Górą, ale ceną za ocalenie królestwa i ukochanego stała się jej własna śmiertelność. Choć powróciła do Dworu Wiosny jako potężna Fae, jej dusza jest pocharatana przez traumy i poczucie winy. Zaplanowany ślub i pozorna stabilizacja u boku Tamlina szybko zmieniają się w duszną, złotą klatkę. Gdy zbliża się moment spełnienia paktu zawartego z Rhysandem – mrocznym i niebezpiecznym Władcą Dworu Nocy – Feyra musi opuścić bezpieczne mury. Nie wie jeszcze, że krok w stronę ciemności zmusi ją do zweryfikowania wszystkiego, w co dotąd wierzyła, a prawdziwe zagrożenie dla świata dopiero nadciąga.

    Jeśli po pierwszym tomie myśleliście, że wiecie już wszystko o bohaterach, to ta część całkowicie zdemoluje Wasze postrzeganie całej historii. Maas zaserwowała nam powieść, od której po prostu nie sposób się oderwać, a jej styl jest lekki i płynny, że czyta się ją z zapartym tchem, kartkując kolejne strony w palącym pragnieniu dowiedzenia się, co się wydarzy dalej.

    Najpotężniejszym punktem te powieści jest niesamowicie dojrzałe, psychologiczne podejście do traumy po wydarzeniach Pod Górą, a zderzenie postawy Tamlina i Rhysanda to po prostu mistrzostwo świata. Tamlin staje się tu wyjątkowo irytującą postacią, która całkowicie ignoruje to, przez jakie piekło przeszła Feyra i jak bardzo tragedia ją zmieniła. Traktuje ją jak marionetkę mającą bez słowa wykonywać jego wolę, grając z nią w denerwującą, psychologiczną grę. Kreuje się przed światem na szlachetnego i dobrego, podczas gdy w rzeczywistości okazuje się brutalem zamykającym swoją ukochaną w „złotej klatce”. Autorka genialnie pokazuje na jego przykładzie, jak człowiek owładnięty obsesją potrafi posunąć się do granic przyzwoitości, a nawet bezczelnie je przekroczyć, byle tylko zdobyć to, czego nie może dostać polubownie. U jego boku Feyra po prostu więdła, pozbawiona własnego głosu.

    I wtedy na scenę wkracza Rhysand. To postać, która udowadnia, że nie wolno nikogo oceniać po masce, jaką nakłada na potrzeby przetrwania. Rhys świadomie pokazuje światu mroczną stronę, by za wszelką cenę chronić swój lud i najbliższych, ale to właśnie ten rzekomy brutal ma w rzeczywistości najczystsze serce. Od samego początku daje Feyrze wolną wolę oraz swobodę wyboru. Nawet na samym początku, gdy bohaterka jeszcze go nienawidzi, między tą dwójką od razu czuć potężną, wręcz elektryzującą chemię. To, jak Rhysand próbuje ją prowokować, denerwować i przekomarzać się z nią tylko po to, by wyciągnąć ją z najmroczniejszych zakamarków traumy, sprawia, że czytelnik po prostu nie potrafi się nie zaśmiać. On nie udaje, że tragedia się nie wydarzyła. Słucha jej, chce jej naprawdę pomóc i zadbać o nią bez odbierania jej autonomii, nie pozwalając przy tym, by całkowicie pochłonęła ją apatia.

    Warsztatowo Maas po raz kolejny rozbiła bank. Genialnie przemyca nawiązania do stosunkowo niepozornych elementów fabuły z pierwszego tomu, by po czasie rzucić nas na kolana odkryciem, że przecież już zdradziła nam istotne informacje o wiele wcześniej. Rozterki bohaterów są rozpisane w tak głęboki sposób, że bez problemu wczuwamy się w ich stan psychiczny i współodczuwamy ich ból czy radość. Z kolei opisy walk zostały skonstruowane niezwykle obrazowo i szczegółowo – bez traktowania ich po łebkach – dzięki czemu podczas lektury ma się autentyczne wrażenie przebywania w samym środku starcia.

    Samo zakończenie jest po prostu genialne. Finał trzyma w tak potwornym napięciu, że na koniec opada szczęka, a w głowie zostaje tylko jedna myśl: „muszę natychmiast sięgnąć po kolejny tom”. „Dwór mgieł i furii” to majstersztyk w swoim gatunku – opowieść o tym, jak toksyczne środowisko potrafi niszczyć człowieka od środka i jak prawdziwa akceptacja pozwala narodzić się na nowo. Zdecydowanie jest to jedna z najlepszych książek jakie czytałam. Przekonajcie się sami, że warto przeczytać [w tym miejscu].

    „- To tym ci tak zalazłam za skórę? Że się odcięłam? Czy też, że Tarquin z taką łatwością się do mnie zbliżył?

    -Zalazłaś mi za skórę tym – powiedział Rhys, oddychając nieco nierówno – że się do niego uśmiechnęłaś.

    Reszta świata rozmyła się w mgłę, gdy jego ostanie słowa powoli do mnie docierały.

    – Jesteś zazdrosny.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Tajemnice, zgnilizna i dworskie intrygi – „Brimstone”

    Dwa tomy, powracające schematy i romans, który wciąż szuka swojego głosu. ” Brimstone” od Callie Hart to kontynuacja „Quicksilver”, po którą sięgałam z dużą rezerwą. Czy drugi tom mrocznej serii fantasy zdołał naprawić grzechy, czy po raz kolejny utknęliśmy w cieniu obcych inspiracji?

    • Tytuł: Brimstone
    • Autor: Callie Hart
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 7/10

    „Brimstone” kontynuuje mroczną i skomplikowaną historię rozpoczętą w „Quicksilver”. Stawka rośnie, a konsekwencje wcześniejszych decyzji zaczynają zbierać krwawe żniwo. Saeris i Kingfisheer muszą zmierzyć się nie tylko z rosnącym zagrożeniem i niebezpiecznymi układami, ale też z własną relacją i niepewną przyszłością. Gdy granica między wrogiem a sojusznikiem zaczyna się zacierać, na jaw wychodzą nowe fakty, które mogą zmienić układ sił w tym świecie.

    Po pełnym rezerwy odbiorze pierwszego tomu, do „Brimstone” podchodziłam z umiarkowanym optymizmem, ale też ze sporymi wymaganiami. Po cichu liczyłam na to, że Callie Hart wreszcie wyjdzie z cienia Sarah J. Maas i zaserwuje nam coś, co wyrwie mnie z kapci. Jak wyszło w praktyce? To historia dwóch połówek – jednej trudnej do przełknięcia i drugiej, która wreszcie daje nadzieję na świetną serię.

    Zacznijmy od tego, co wciąż kulawym krokiem ciągnie się za tą historią – od wątku romantycznego. Jeśli mam być szczera: ja wciąż nie czuję tej właściwej, elektryzującej chemii między Kingfisherem a Saeris. Owszem, jest może minimalnie lepiej niż w pierwszym tomie, ale ich interakcje dynamicznie uciekają w mocno … kumpelski vibe. Zamiast płomiennego uczucia i napięcia rodem z najlepszych romantasy, dostajemy relację, w której dialogi potrafią być momentami po prostu cringowe. Co zabawne (i nieco zatrważające), znacznie więcej specyficznej, mrocznej chemii i napięcia czułam już w tej dziwnej, skomplikowanej znajomości Kingfishera z Carrionem niż w głównym romansie.

    Dodatkowo, choć styl autorki jest lekki, przyjemny i książkę pochłania się błyskawicznie, zaciągnięcia z prozy Maas wciąż są dostrzegalne i rzucają się w oczy. Jednak od połowy książki dzieje się coś przełomowego. Fabuła w końcu łapie odpowiedni rytm i zaczyna mieć w sobie „to coś”. Callie Hart wreszcie wprowadza więcej autorskiej oryginalności, a akcja zagęszcza się z rozdziału na rozdział. Pojawia się autentyczne, duszne napięcie i ciekawość co zaraz się wydarzy i przez jakie piekło będą musieli jeszcze przejść bohaterowie. Zamiast przewracania stron z pobłażliwym uśmiechem, zaczęłam czytać z prawdziwym, żywym zainteresowaniem.

    A sama końcówka? Ekstra. Finał trzyma w ogromnym napięciu, a cliffhanger jest z gatunku tych, po których człowiek ma ochotę natychmiast sięgnąć po kolejny tom. Zostajemy z dręczącym pytaniem „co dalej?” i ogromnym apetytem na więcej.

    „Brimstone” to książka wyraźnego postępu. Jeśli autorka w trzecim tomie utrzyma poziom drugiej połowy tej powieści – albo pójdzie jeszcze krok dalej w stronę mroku i oryginalności – ta seria naprawdę ma szansę stać się pozycją wartą polecenia. Na razie wciąż kuleje romans, ale fabularnie zaczyna się robić naprawdę gorąco! Przekonajcie się sami klikając [w tym miejscu].

    „Gdyby mógł, podjąłby dziesiątki innych decyzji. Cofnąłby wiele podłych słów. Znając konsekwencje swoich działań, zmieniłby ich tysiące. Niemniej bezcelowe było patrzenie wstecz i pragnienie zmiany przeszłości.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *