
Czy idealne zakończenia w ogólne istnieją? „Alchemised” autorstwa SenLinYu to książka, która potrafi zachwycić, zmusić do zarywania nocek, a jednocześnie głęboko frustrować i ranić. To bezwzględne, mroczne fantasy z motywem alchemii. Jeśli szukacie historii pełnej trudnych wyborów, w której granica między dobrem a złem całkowicie się zaciera, a bohaterowie są tak poturbowani przez los, że ich szczęście ma twarz pełną blizn i traumy- ta recenzja jest dla was. Ale ostrzegam – tu nie ma miejsca na tanie fajerwerki.
- Tytuł: Alchemised
- Autor: SenLinYu
- Gatunek: Dark fantasy
- Moja ocena: 7,5/10
W brutalnym świecie „Alchemised”, gdzie wojenna rzeczywistość nie oszczędza nikogo, Helena bezgranicznie poświęca się wyższym celom Wiecznego Płomienia. Stojący po przeciwnej stronie barykady, Kaine staje się częścią bezwzględnej machiny wojennej. SenLinYu serwuje bezkompromisowe dark fantasy o dwójce nieidealnych bohaterów uwikłanych w mroczną alchemię i moralne bagno, gdzie każda decyzja niesie za sobą potworne konsekwencje. To opowieść o cenie przetrwania, w której lojalność wobec własnych ludzi zmusza do przekraczania najcięższych granic, a rodzące się w mroku relacje zostaną wystawione na najcięższą próbę. Jaką cenę trzeba zapłacić za walkę o swoje ideały w świecie, który nie zna litości?
Przejście przez „Alchemised” to dla czytelnika prawdziwa droga przez mękę – i to w obu znaczeniach tego słowa. Z jednej strony początek książki potrafi solidnie wymęczyć, zwłaszcza pierwsze rozdziały. Styl autorki bywa ciężki, gęsty od fachowych opisów procesów alchemicznych i teorii rządzących magią. Jednak dla mnie ten naukowy rygor szybko stał się plusem – zamiast ślepo podążać za tym jak coś po prostu działa, dostajemy wgląd w surową mechanikę mocy bohaterów. I kiedy ta historia w końcu rusza z kopyta… totalnie przepadłam. Zarywałam nocki, czytałam i słuchałam audiobooka w każdej wolnej chwili, kompletnie odcięta od rzeczywistości.
Ta opowieść urzeka powolnym, niemal magnetycznym budowaniem napięcia, sekretami i ewolucją relacji między Heleną a Kainem. Metamorfoza Heleny to majstersztyk – jej wewnętrzne przemiany nie dzieją się pod wpływem impulsu, to naturalny, bolesny proces. Niestety, potrafiła też niesamowicie irytować swoim ślepym oddaniem Wiecznemu Płomieniowi. Jej fiksacja na punkcie sprawy sprawiała, że kompletnie nie dostrzegała oczywistego: to Kaine jako jedyny ryzykował absolutnie wszystkim, byle tylko ją ochronić.
Sami bohaterowie są cudownie nieidealni. Oboje brodzą w moralnym bagnie – on robi potworne rzeczy dla zemsty i dla niej, ona poświęca niewinność dla ruchu oporu i ostatecznie dla niego. Niestety, w tym mroku zabrakło mi głębszej analizy relacji Kaine’a z Morrough – kilku nawet krótkich rozdziałów z perspektywy Namiestnika. Wpływ tyrana na mężczyznę został potraktowany zbyt powierzchownie – przez to moment, w którym Kain ostatecznie krzywdzi Helenę, wydaje się wręcz zbyt płytki o niedopowiedziany.
Nie sposób także przejść do porządku dziennego nad momentem poczęcia Enid Rose. To potwornie brutalna, makabryczna chwila, na myśl o której wciąż się wzdrygam. Niby rozumiem zamysł braku wyboru w tej chwili, no ale jednak….tempo wybaczenia ze strony Heleny i sama brutalność tego aktu były dla mnie barierą nie do przeskoczenia.
Największe rozczarowanie przynosi jednak sam finał. Po tak genialnym napinaniu struny przez cała książkę, pod koniec spodziewałam się spektakularnych fajerwerków i potężnego starcia alchemików. Zamiast tego wielkie zwycięstwo nad Morrough oglądamy z ostatnich rzędów, słuchając jedynie czytanego fragmentu gazety, co drastycznie odbiera końcówce impet. Chociaż patrząc ile bohaterowie wycierpieli, rozumiem pewien zamysł SenLinYu, aby odsunąć ich z pierwszego planu i zostawić innym troskę o przyszłość świata. Fenomenalnie pokazana zostaje także polityczno- społeczna refleksja. Autorka niesamowicie pokazuje, jak ludzkość potrafi obrzydliwie przekręcić historię. Ci, którzy oddali całe swoje życie, zostają potępieni i uznani za potworów, podczas gdy bierni obserwatorzy spijają śmietankę jako wielcy bohaterowie.
Mimo ogromnego niedosytu związanego z finałem i paru fabularnych potknięć, „Alchemised” kupiło mnie swoim surowym realizmem. SenLinYu nie zaserwowała nam infantylnego „i żyli długo i szczęśliwie”. Pokazała, że z głębokich traum i blizn nie wychodzi się za pstryknięciem palca, a wywalczone szczęście bywa niezwykle kruche. To bolesna, trudna, ale niesamowicie magnetyczna książka, które na długo we mnie pozostanie. Przekonajcie się sami [w tym miejscu], czy także macie podobne odczucia.
„Myślisz, że wybierasz, dla kogo walczysz, a tak naprawdę, to tylko dwie strony tego samego medalu”.
Dodaj komentarz