Autor: mina95

  • Traumy, aranżowane małżeństwo i tajemnice z przeszłości – „Little Liar” (18+)

    Po skrajnie mrocznym i wywołującym dyskomfort pierwszym tomie, „Little Liar” Leigh Rivers rzuca zupełnie nowe światło na wydarzenia, które dotąd wydawały się czystą patologią. Druga część dylogii drastycznie zmienia akcenty – zamiast ciągłego szoku dostajemy głębokie, bolesne studium traumy, zaburzeń psychicznych i przeżytego piekła. Czy poznałam odpowiedzi na męczące mnie pytania i jak zmienił się mój stosunek do bohaterów? Powieść dla pełnoletnich czytelników o bardzo mocnych nerwach.

    • Tytuł: Little Liar
    • Autor: Leigh Rivers
    • Gatunek: Taboo romans
    • Moja ocena:7,5/10

    Gdy karty zostają wyłożone na stół, a prawda o przeszłości wreszcie wychodzi na jaw, okazuje się, że każdy w tej historii nosi własne, potworne skazy. „Little Liars” zgłębia mroczne zakamarki umysłu człowieka ukształtowanego przez cierpienie, zbrodnię i brak poczucia bezpieczeństwa. Malachai i Olivia muszą zmierzyć się z konsekwencjami swoich wyborów oraz demonami, które towarzyszyły im od najmłodszych lat. W świecie, gdzie kłamstwo było jedynym co znają, odsłonięcie prawdy wymaga skonfrontowania się z własnym szaleństwem, ale nie tylko. To mroczna powieść o traumie, destrukcyjnej więzi i cenie, jaką płaci się za przetrwanie.

    Jeśli pierwszy tom sprawił, że patrzyliście na Malachiego z czystą odrazą, to „Little Liar” wywróci Wasze postrzeganie tej historii do góry nogami. Mimo iż nadal mamy do czynienia ze skrajnie mrocznym taboo romance między adoptowanym rodzeństwem, ta część pod kątem fabularnym i psychologiczny podobała mi się o wiele bardziej. Autorka oddaje tu przestrzeń bardziej rozbudowanym monologom wewnętrznym, retrospekcjom i przemyśleniem, pokazując, jak tragiczne dzieciństwo i ciąg przeżytych traum potrafią bezpowrotnie skrzywić człowieka i jego postrzeganie świata.

    Pierwsza połowa książki skupia się niemal w całości na przeszłości Malachiego – od jego dzieciństwa aż po moment aresztowania. Przyglądamy się postępującym zaburzeniom (osobowość dyssocjalna, depresja, czy schizofrenia) i chociaż w żadnym wypadku nie usprawiedliwia to jego okrutnych czynów, autorka napisała jego historię w tak przejmujący sposób, że zaczęłam mu mocno współczuć. Z kolei perspektywa Olivii, która pojawia się w dalszej części, wreszcie daje odpowiedź na pytania, które dręczyły mnie w pierwszym tomie. To, co wcześniej wydawało mi się chaotycznym przyciąganiem i odpychaniem Malaciego, wreszcie nabiera logicznego sensu, gdy dowiadujemy się, przez jakie piekło sama musiała przejść także w późniejszym czasie.

    Pod kątem samej konstrukcji, „Little Liar” zawiera stosunkowo mało typowej akcji – historia opiera się głównie na wewnętrznych demonach, analizie psychiki bohaterów (również tych drugoplanowych) oraz ich trudnej relacji. Sam finał nie był dla mnie po raz kolejny zaskoczeniem, co jest standardem w tym gatunku, ale po zamknięciu książki zostałam ze słodko- gorzkim posmakiem i poczuciem emocjonalnego wyczerpania.

    Leigh Rivers stworzyła dylogię, która świetnie pokazuje, jak traumy z przeszłości kształtują przyszłość. To nie jest lekka lektura – niepokój i trudne motywy towarzyszą nam do samego końca. Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „Jeśli ktoś znalazłby sposób, aby wymazać cię z istnienia, spaliłbym cały świat, by upewnić się, że moja dusza znajdzie twoją w zaświatach.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Obsesja, brutalność i trigger warnings – „Little Stranger”(18+)

    Sięgając po „Little Stranger” Leigh Rivers, trzeba mieć świadomość, na co się pisze. To nie jest zwykły mroczny romans z dreszczykiem – to skrajny, bezkompromisowy taboo romance, który od pierwszych stron wciąga w opowieść pełną obsesji, przemocy i zaburzeń psychicznych. Po zamknięciu tej książki zostałam z bardzo mieszanymi odczuciami. Książka zawiera wysoce kontrowersyjne i mroczne motywy. Pozycja wyłącznie dla pełnoletnich czytelników o bardzo mocnych nerwach.

    • Tytuł: Little Stranger
    • Autor: Leigh Rivers
    • Gatunek: taboo romans (18+)!
    • Moja ocena: 5,5/10

    W świecie, w którym granice między opiekuńczością a niebezpieczną obsesją dawno uległy zatarciu, Olivia próbuje przetrwać w cieniu człowieka, który rości sobie do niej bezwzględne prawo. Malachi nie uznaje sprzeciwu, zasad ani moralności, a jego obecność w życiu dziewczyny przypomina tykającą bombę. Związani skomplikowaną przeszłością i wspólnym dachem nad głową, zostają wciągnięci w duszną relację, w której każde przekroczenie granicy niesie ze sobą nieodwracalne skutki. „Little Stranger” to skrajnie mroczna, pozbawiona hamulców opowieść o kontroli, psychicznych zaburzeniach i uzależnieniu, od którego nie ma ucieczki.

    Mówiąc bez ogródek, „Little Stranger” to lektura powalona, mroczna i gęsta od patologii. Jeśli szukacie tu chociażby zalążka klasycznego romansu, uciekajcie jak najdalej. Historia skupia się niemal w całości na relacji Olivii i Malachiego, których związek opiera się na obsesji, kontroli i przekraczaniu kolejnych barier. Mamy tu do czynienia z wątkiem adoptowanego rodzeństwa, brakiem zgody na zbliżenia, przemocą fizyczną i narkotykami. Triggery nie pojawiają się tutaj jako chwilowy zabieg fabularny, a towarzyszą nam nieustannie do ostatniej strony.

    Początkowo ta skrajność wywołuje po prostu czytelnicze zniesmaczenie. Czołgając się przez kolejne rozdziały, trudno nie zadać sobie pytania, czy autorka nie serwuje nam czystej, pozbawionej sensu patologii nastawionej wyłącznie na szokowanie. Jednak patrząc na tę powieść chłodnym, krytycznym okiem, trudno odmówić jej gęstego, dusznego klimatu. Gdy słucha się podcastów z gatunku true crime, człowiek uświadamia sobie, że takie mechanizmy obsesji i zaburzeń dzieją się w rzeczywistości – a często bywają nawet gorsze. Leigh Rivers stworzyła mroczne studium niestabilności psychicznej, które choćby z tego powodu wymyka się tej najprostszej ocenie dobra i zła.

    Samo zakończenie nie okazało się dla mnie zaskoczeniem – w pewnym stopniu spodziewałam się takiego domknięcia. „Little Stranger” nie jest książką słabą warsztatowo w swoim gatunku, ale jest pozycją potężnie trudną i obciążającą psychicznie. Autorka nie unormowała tego chaosu na siłę i nie próbowała udawać, że bohaterowie są bez skazy, za co należy się pewien plus.

    To nie jest powieść, którą mogę z czystym sumieniem polecić komukolwiek bez wyraźnego zastrzeżenia. Jeśli decydujecie się na lekturę, robicie to na własną odpowiedzialność [w tym miejscu].

    „Nigdy nie śpię. A teraz podaj mi, k**wa, dłoń.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Anioły, Wielka Wojna i Gniazdo – „Kroniki krwi i mroku”

    Szukacie mrocznego, brutalnego dark fantasy, w którym aniołowie nie mają nic wspólnego z bezgrzesznymi istotami, a świat jest surowy, krwawy i skąpany w odcieniach szarości? Zbiorcze wydanie „Kronik krwi i mroku” Katarzyny Wycisk to lektura, która wciąga bez reszty, zachwyca złożonością świata i serwuje niezwykle dojrzały slow burn. Czy jednak to dopracowane, obfite w brutalne walki tomiszcze przynosi w finale w pełni satysfakcjonujące zwieńczenie losów bohaterów?

    • Tytuł: Kroniki krwi i mroku
    • Autor: Katarzyna Wycisk
    • Gatunek: Dark fantasy (18+)!
    • Moja ocena: 7,5/10

    Ograniczony do trzech surowych wysp świat Alaris to miejsce, w którym przetrwanie wymaga najwyższej ceny, a przymierza tworzy się we krwi. W krainie zamieszkanej przez mroczne stworzenia i anioły, których intencje dalekie są od szlachetności, Moon musi stawić czoła przeszłości i sekretom, które mogą zmienić układ sił. Gdy na jej drodze staje Drake – tajemniczy, nieustępliwy wojownik – oboje zostają wciągnięci w wir wydarzeń, w których nie ma miejsca na błędy. ” Kroniki krwi i mroku” to potężna, brutalna i pełna emocjonalnego napięcia opowieść o przetrwaniu, przeznaczeniu i walce z mrokiem, który kryje się zarówno w świecie zewnętrznym, jak i w ludzkich sercach.

    „Kroniki krwi i mroku” to powieść, która od pierwszych stron zaskakuje rozmachem i bezlitosną surowością. Kreacja świata zamkniętego na zaledwie trzech wyspach budzi natychmiastowe skojarzenia z klimatem postapokaliptycznym – jest niebezpiecznie, brutalnie i nieustannie czuć w powietrzu gęstniejący mrok. Autorka wykreowała fenomenalną faunę i florę tego świata, gdzie absolutnie nic nie jest czarno- białe. Im głębiej wchodzimy w historię tutejszych stworzeń, tym lepiej rozumiemy ich motywacje i mechanizmy przetrwania. Doskonałym posunięcięm było też przedstawienie aniołów – zapomnijcie o łagodnych, świetlistych istotach. Tutaj to postacie pełne skaz, bezwzględne i nie mające z tradycyjnymi wyobrażeniami absolutnie nic wspólnego, co daje powiew ogromnej świeżości w gatunku.

    Warstwa fabularna prowadzi nas przez niesamowicie krwawe, detaliczne i efektowne opisy starć – odcinane kończyny i drastyczne sceny walk nadają całości prawdziwego ciężaru dark fantasy. Mimo iż tempo akcji bywa skrajnie dynamiczne, a autorka narzuca szybki rytm prowadzenia wydarzeń, nie odczuwa się tego jako wady. To po prostu cecha jej porywającego stylu. Choć początkowo pojawia się pewien niedosyt szczegółów i skłonność do niedopowiedzeń, z czasem wszystko układa się w logiczną całość i nabiera głębokiego sensu. Ogromną zaletą jest tu oddanie głosu nie tylko głównym postaciom, ale i bohaterom drugo- czy trzecioplanowym. Zmiana perspektyw pozwala spojrzeć na konflikt z wielu stron i wyrobić sobie własne zdanie. Co ciekawe, moją absolutną faworytką okazała się Lavena- postać, która przez większość czasu mnie irytowała jako rozpuszczona trzpiotka, przeszła najbardziej satysfakcjonującą, niesamowitą drogę ku zmianie, przełamując własne demony.

    Na osobne wyróżnienie zasługuje relacja między Moon a Drakiem. Ich ponowne spotkanie w lesie natychmiast generuje wyczuwalną chemię, ale autorka dawkuje to uczucie z niezwykłą wyrozumiałością. To typowy, mistrzowsko poprowadzony slow burn, w którym napięcie przypomina wręcz pradawne, nieuchronne przyciąganie. Nie ma tu natychmiastowego, buchającego ognia – jest za to głębokie, dojrzałe połączenie dwóch skomplikowanych dusz, z których każda skrywa pod pancerzem własne tajemnice i ból. Przez całą lekturę razem z bohaterami przeżywamy ich rozterki, cierpienia i rzadkie chwile radości.

    Niestety, największy zgrzyt tej monumentalnej historii nadszedł dla mnie w samym finale. Po setkach stron budowania napięcia, krwawych bitwach i emocjonalnym wyczekiwaniu na ostateczne domknięcie losów postaci, zwieńczenie całej opowieści pozostawiło we mnie ogromne poczucie zawodu. Finałowe starcia są co prawda widowiskowe, jednak sposób, w jaki autorka poprowadziła rozwiązanie wątków bohaterów, zderza czytelnika z dużym niedosytem i pytanie: „Serio? To na prawdę tak ma się skończyć?”. Mimo tego gorzkiego posmaku na samej mecie, „Kroniki krwi i mroku” pozostają rewelacyjnie napisaną, wartką i niezwykle klimatyczną serią, po którą każdy miłośnik fantasy powinien sięgnąć bez wahania [w tym miejscu].

    „Bycie zapomnianym (…) potrafi wypaczyć nawet najczystsze wspomnienie.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Veniny, smoki i walka o przetrwanie – „Onyx Storm”

    Czy po emocjonalnym trzęsieniu ziemi z po poprzednich tomów Rebecca Yarros była w stanie unieść poprzeczkę jeszcze wyżej? „Onyx Storm” to książka, na którą wszyscy czekaliśmy z zapartym tchem – pełna gęstniejących sekretów, politycznych roszad i uczucia, które musi przetrwać najcięższą próbę.

    • Tytuł: Onyx Storm
    • Autor: Rebecca Yarros
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena:11/10

    Zagrożenie dla królestwa przybiera na sile, a dostępna dotąd wiedza przestaje wystarczać. Violet Sorrengail musi wznieść się na wyżyny swoich możliwości, nawigując między śmiertelnie niebezpiecznymi starciami a bezwzględną polityczną grą, w której każdy ma własny ukryty interes. W świecie, gdzie dawni wrogowie mogą stać się jedynymi sojusznikami, magia wymyka się spod znanych dotąd reguł, a sekrety najbliższych osób zaczynają ciążyć bardziej niż kiedykolwiek, stawka rośnie z każdym dniem . Relacje zostają poddane ostatecznej próbie, a Violet i jej towarzysze muszą zdecydować, ile są w stanie poświęcić, by powstrzymać nadciągający mrok. „Onyx Storm”to porywająca, pełna napięcia opowieść o lojalności, politycznych intrygach i walce, w której cena zwycięstwa może okazać się zbyt wysoka.

    Jeśli myśleliście, że Rebecca Yarros wyczerpała już swój limit zwrotów akcji i tajemnic, to „Onyx Storm” wyprowadzi Was z błędu. Ta książka to prawdziwy majstersztyk, jeśli chodzi o budowanie napięcia i prowadzenie wielowątkowej historii. Autorka doskonale wie, jak hodować sekrety – tajemnice gonią tu kolejne tajemnice, ale nie jest to zrobione w sposób przytłaczający. Kiedy akcja zwalnia i następuje moment wyciszenia, wcale nie czuć nudy. Yarros robi to tak płynnie, że przez każdy rozdział przechodzi się z niesłabnącą ciekawością, a co najważniejsze – nawet skomplikowane rozgrywki polityczne są tu napisane w sposób fascynujący i dynamiczny. Ogromnym plusem tego tomu jest rozwinięcie i pogłębienie samego systemu magicznego. Sposób, w jaki opisano działanie magii, zaintrygował mnie bez reszty – fakt, że nie działa ona wszędzie tak samo, a znane nam już z drugiego tomu runy zyskują tu większe znaczenie, nadaje całemu światu niesamowitej świeżości i głębi.

    Dynamika między bohaterami w tym tomie wchodzi na zupełnie nowy poziom intensywności. Relacja Xadena i Violet jest absolutnie niesamowita – mimo że przez przeważającą część czasu są skazani na przymusową rozłąkę, napięcie i iskry między nimi niemal wypalają strony. Czuć z każdego rozdziału, jak niemiłosiernie się kochają i jak zdeterminowani są, by walczyć o drugą osobę za wszelką cenę. To już nie jest zwykła przygoda czy nastoletnie dramaty, ale dramatyczny wyścig z czasem, w którym jedno za wszelką cenę próbuje uratować drugie. Równowagą dla tego ciężkiego napięcia są ich drobne, codzienne interakcje, gdy już uda im się spotkać. Zazdrosny Xaden potrafi być niemożliwie zabawny, a jego spięcia z Haldenem ciągle wywoływały u mnie niekontrolowany śmiech. Oczywiście patrząc na to z boku, w obliczu śmiertelnego zagrożenia i wojennej zawieruchy ta ich męska rywalizacja i docinki momentami trąciły dziecięcą głupotą…. ale powiedzmy sobie szczerze: kto z miłości nie głupieje?

    Równie fascynująco wypada wątek samych smoków i magii, który w tym tomie otwiera zupełnie nowe możliwości. Jestem wręcz zaintrygowana tym, dokąd zmierza historia Andarny – autorka stworzyła pod nią tak niezwykły fundament, że może rozwinąć ten wątek w absolutnie genialnym, niespodziewanym kierunku. Z ogromną fascynacją i ciarkami na plecach śledziłam też relacje bohaterów z ich smokami. Dużo sprzecznych uczuć wywoływała relacja Xadena ze Sgael – w tej części praktycznie jej nie było i pod kątem czytelniczym wywołało to we mnie pewien niedosyt. Z drugiej strony, patrząc na to, co wydarzyło się na koniec drugiego tomu, postawę Sgael można w pełni zrozumieć i uzasadnić.

    Z kolei od strony relacji ludzkich autorka mocno serwuje nam niedopowiedzenia wokół postaci drugoplanowych. Cała ta aura tajemniczości krążąca wokół Garricka, a po samym finale również wokół Bodhiego, potrafi dobijać. Człowiek siedzi nad stronami i zachodzi w głowę, czy któryś z nich stał się Veninem, czy po prostu mają do odegrania jakąś kluczową rolę w nadchodzącym starciu. Jedynym moim realnym zarzutem do konstrukcji książki jest ograniczenie perspektywy. Uwielbiam znać punkt widzenia różnych postaci na te same wydarzenia, dlatego ogromnie żałuję, że możliwość spojrzenia na akcję z innych stron dostajemy dopiero na samym końcu. Aż prosiło się, by dać innym bohaterom więcej przestrzeni w trakcie trwania całej powieści!

    Mimo tego drobnego niedosytu, „Onyx Storm” uważam za najlepszą i najbardziej dojrzałą część. Zwieńczenie historii i cliffhanger to po prostu absolutna masakra emocjonalna. Zostałam z gigantycznym niedosytem i w tym momencie, jedyne, o czym marzę, to dorwać w ręce kontynuację i dowiedzieć się co będzie dalej! Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „Jesteś jedyną osobą na świecie, która potrafi pozbawić mnie wszelkiej kontroli i jedyną, przy której nawet nie chcę sobie wyobrazić, że ją tracę.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Tajna organizacja, traumy i odnajdywanie siebie – „Hunting Adeline”

    Są książki, po których trudno jest tak po prostu wrócić do codzienności. „Hunting Adeline” H.D. Carlton, czyli drugi tom kontrowersyjnej duologii „Cat and Mouse”, to propozycja wyłącznie dla czytelników o naprawdę mocnych nerwach i ukończonym 18. roku życia. Czy kontynuacja historii Adeline i Zade’a udźwignęła ciężar emocjonalny po dramatycznym finale pierwszej części?

    • Tytuł: Hunting Adeline
    • Autor: H.D. Carlton
    • Gatunek: Dark romans (18+)
    • Moja ocena: 8,5/10

    Adeline znalazła się w samym sercu najgorszego koszmaru, z którego nie ma łatwej ucieczki. Porwana i rzucona w bezwzględny, brutalny świat handlu ludźmi, musi wykorzystać całą swoją wolę przetrwania, by nie stracić nadziei w najciemniejszych chwilach. Tymczasem Zade nie cofnie się przed niczym, by odnaleźć kobietę, która stała się jego obsesją. Rusza w krwawy pościg za ludźmi odpowiedzialnymi za jej krzywdę, gotów spalić świat do cna i złamać wszelkie zasady. „Hunting Adeline” to mroczna, pełna napięcia i skrajnych emocji opowieść o walce z traumą, zemście oraz granicy między ocaleniem a całkowitym zatraceniem w mroku.

    Przystępując do czytania pierwszej części, byłam przekonana, że mam do czynienia z kolejnym przewidywalnym romansidłem, w którym bohaterka po prostu zacznie wzdychać do swojego stalkera. Jakże się pomyliłam! „Hunting Adeline” udowadnia, że ta historia ma w sobie niesamowitą, wręcz przerażającą głębię, która zostanie w mojej pamięci na bardzo długo. Opisy tego, co przytrafia się Adeline w pierwszej części książki, niszczyły mnie wewnętrznie. Autorka w absolutnie mistrzowski, a zarazem bolesny sposób oddała cały strach, bezsilność i traumę towarzyszące porwaniu przez handlarzy ludźmi. Podczas lektury byłam w nieustannym stresie, a w przerwach od czytania, myśli ciągle kłębiły mi się w głowie – to był prawdziwy kosmos emocjonalny, od którego nie dało się odciąć.

    W drugiej połowie powieści ból bohaterki próbującej uporać się z potworną traumą jest tak realistyczny, że można wziąć go za własny i bez reszty wczuć się w jej sytuację. Ogromną rolę odgrywa tu Zade, którego postać przechodzi fascynującą, ale i niepokojącą ewolucję. Nie jest już tylko mrocznym stalkerem, ale staje się wybawicielem, opoką i osobą, która pomaga Adeline przejść przez piekło lęków. Z jednej strony jego troska i determinacja w walce o bohaterkę budzą podziw, z drugiej – odniosłam wrażenie, że cała ta sytuacja obudziła w nim coś jeszcze mroczniejszego i nieokiełznanego. Zade staje się jeszcze bardziej bezwzględny, a niektóre sceny między nim a Adeline balansują na granicy braku zdrowego rozsądku, która dla wielu czytelników (w tym momentami dla mnie) została mocno przesunięta. O gustach się nie dyskutuje, jednak to niezaprzeczalnie historia dla ludzi o stalowych nerwach.

    Mimo tak ciężkiego i mrocznego tematu, język autorki jest genialny, a książkę czyta się niezwykle wartko. Ciągłe napięcie w oczekiwaniu na to, czy bohaterom uda się wymierzyć sprawiedliwość oprawcom, nie pozwala na odłożenie lektury ani na chwilę. Cudownym przełamaniem tej gęstej atmosfery są postaci poboczne stojące po stronie Zade’a – wnoszą do historii niezbędną odskocznię humorystyczną i dają chwilę oddechu. Finał książki jest po prostu świetny, chociaż sama przemiana Adeline wywołuje we mnie mocno mieszane uczucia – z jednej strony uwielbiam ten zwrot akcji na maxa, ale z drugiej jej zachowanie trąci wręcz psychopatią. Co więcej, po zakończeniu czuję potężny niedosyt postaci Sibby, przez co już nie mogę się doczekać, aż sięgnę po „Satan’s Affair”! Sprawdźcie sami [w tym miejscu].

    „Urodziłem się z czarną duszą i dobrymi intencjami.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Nowi wrogowie, Smoki i skrywane sekrety – „Iron Flame”

    Są takie książki, na które czeka się z zapartym tchem, a po lekturze jedyne co człowiek potrafi z siebie wykrztusić, to bezwzględne „uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! „. „Iron Flame”, czyli druga część fenomenu „Fourth Wing” Rebecci Yarros, to potężna dawka emocji, która totalnie mnie zaszokowała. Czy autorka udźwignęła ciężar ogromnych oczekiwań po genialnym pierwszym tomie?

    • Tytuł: Iron Flame
    • Autor: Rebecca Yarros
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 12/10

    Rewolucja stała się faktem, a Violet Sorrengail znalazła się w samym jej centrum. Po dramatycznych wydarzeniach w akademii Basgiath dziewczyna musi stawić czoła nowej rzeczywistości, w której zdrada, sekrety i polityczne gierki są na porządku dziennym. W świecie, gdzie smoki i jeźdźcy muszą zmierzyć się z przerażającym wrogiem, Violet odkrywa, że prawda o jej królestwie jest mroczniejsza, niż kiedykolwiek przypuszczała. Aby ocalić tych, na których jej zależy, musi zaryzykować wszystko – w tym relację z Xadenem, który sam skrywa tajemnice mogące zniszczyć ich oboje.

    Szczerze mówiąć, po skończeniu „Iron Flame” wciąż zbieram szczękę z podłogi. Ta historia to absolutny emocjonalny rollercoaster, który trzymał mnie w napięciu do ostatniej strony. Nawet początek, mimo że spokojniejszy i pozbawiony od razu wielkiej akcji, był super – genialnie wyjaśniał całe zamieszanie po finale pierwszej części i rzucał nowe światło na ten brutalny świat. Rebecca Yarros po raz kolejny udowodniła, że potrafi budować napięcie. Z każdym rozdziałem stawka rośnie. Świat mocno się rozrasta i fabuła nie skupia się wyłącznie na Jeźdźcach Smoków, ale oddaje sprawiedliwość oraz należny kredyt również Skrybom czy Jeźdźcom Gryfów.

    Dynamika między Violet a Xadenem w tym tomie to temat rzeka. Momentami ich relacja była dla mnie potwornie irytująca. Ciągły brak zaufania, ukrywanie tajemnic i teksty Riorsona w stylu „musisz mi zaufać, ale nic ci nie powiem” to były dla mnie ewidentne „red flags”. Z drugiej strony świetnie autorka pokazała, jak ciężko było mu się otworzyć przed drugą osobą. Mimo swoich oporów dawał Violet furtkę do poznania go, co ostatecznie prowadziło ich przynajmniej do częściowego przepracowania nawarstwiających się problemów. Chemia między nimi wciąż rozwala system, ale widać, że miłość w tak okrutnym świecie wymaga ciągłej pracy.

    Jeśli chodzi o pozostałe postaci, to co do Daina mam wciąż mocno mieszane uczucia. W „Iron Flame” wypadł co prawda o wiele lepiej i widać w nim zmianę, ale ja nadal nie potrafię przejść do porządku dziennego z tym, co zrobił w pierwszym tomie. Za to absolutną gwiazdą tej części stała się dorastająca Andarna. Fragmenty z nią są po prostu rozbrajająco zabawne – zachowuje się jak typowa, humorzasta nastolatka, a ja uśmiałam się na jej kwestiach niesamowicie mocno! Yarros doskonale radzi sobie także z wprowadzaniem nowych bohaterów. Weźmy taką Cat – na początku strasznie mnie irytowała i zastanawiałam się, po cholerę w ogóle dodano tą postać, poza robieniem za piąte koło u wozu i sztucznego antagonistę. Z czasem jednak widać jej wyraźny rozwój. Autorka ewidentnie wie, co robi – postaci, które na pierwszy rzut oka wydają się nieistotnymi, z czasem zyskują głębszy cel.

    Sama końcówka i finałowy zwrot akcji mnie rozwaliły – doprowadziły mnie do momentu, w którym po prostu płakałam, a chwilę później miałam ochotę krzyczeć. Co najważniejsze, ten dramatyczny krok nie jest zrobiony na siłę – postać podjęła swoją decyzję w konkretnym celu i totalnie rozumiem ten wybór. „Iron Flame” to książka, którą się po prostu chłonie, która potrafi ugodzić w najczulszy punkt, ale którą kocha się każdą komórka ciała. przekonajcie się [w tym miejscu].

    „Aotrom wydmuchuje gorący podmuch pary nad naszymi głowami. Wszyscy trzej lotnicy dostają w twarz nie tylko parą, ale też… czy to gluty?”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Komisarz, morderstwo i niespodziewany zwrot akcji- „Noż”

    Jo Nesbo przyzwyczaił nas do mrocznych. gęstych kryminałów, po których ciężko się otrząsnąć. Jednak najnowsze spotkanie z Harrym Hole w powieści „Nóż” zostawiło we mnie potężny mętlik i poczucie rozczarowania. Czy po tylu genialnych tomach autorowi w końcu zabrakło świeżych pomysłów?

    • Tytuł: Nóż
    • Autor: Jo Nesbo
    • Gatunek: Kryminał
    • Moja ocena: 6,5/10

    Harry Hole znajduje się w najciemniejszym punkcie swojego życia. Sytuacja staje się katastrofalna, gdy śledczy budzi się z potężnym kacem i brakiem wspomnień z minionej nocy, a na jego ubraniu znajduje się krew. Kiedy wychodzi na jaw brutalna zbrodnia dotycząca jego najbliższego otoczenia, Harry podejmuje prywatne dochodzenie wbrew wszystkiemu i wszystkim. W świecie pełnym dawnych wrogów i skrywanych tajemnic, jedynym sposobem na poznanie prawdy jest odtworzenie własnych kroków z mrocznej nocy.

    Szczerze mówiąc, po skończeniu książki mam wyjątkowo mieszane odczucia, ale jedno wiem na pewno – to jak dotąd najsłabsza powieść z całego cyklu. Mam wrażenie, że Nesbo zachłysnął się chęcią zszokowania czytelnika i postanowił wcisnąć zbyt wiele drastycznych motywów do jednej książki. Chociaż na sam koniec historia wciąga i trzyma w ogromnym napięciu, a fabuła ostatecznie się spina, to po drodze autor potężnie przesadził z nagromadzeniem wątków.

    Sam główny motyw zbrodni wokół bliskiej Harry’emu osoby kompletnie mi nie leżał i wydawał si zrobiony mocno pod publikę. Rozwiązanie zagadki oraz ostateczne ujawnienie tożsamości mordercy to dla mnie absolutne naciąganie faktów. Rozumiem motywacje tej postaci i całe tło fabularne, ale ten wątek potoczył si tak szybko i drastycznie, że po prostu zabrakło mu wiarygodności. Wyglądało to tak, jakby autorowi zabrakło już pomysłów na realistyczny dramatyzm i postanowił uderzyć po omacku w najmniej oczekiwany punkt.

    Postać Harry’ego w tej części potwornie mnie denerwowała – podczas czytania miałam ochotę dosłownie na niego krzyczeć! Znowu wpadł w mroczny ciąg alkoholowy, a do tego z absolutnym brakiem skrupułów wykorzystywał ludzi wokół siebie, byle tylko dopiąć swego. Oczywiście motyw utraty pamięci dodał nieco tajemnicy, ale zachowanie Hole’a momentami przekraczało granicę mojej cierpliwości.

    Żeby jednak nie było, iż książka nie ma zalet – Nesbo tradycyjnie nie zawodzi na poziomie psychologii postaci oraz samego stylu pisania. Głębokie portrety ludzkich słabości, mroku i moralnych szarości ciągle tu są i bronią się znakomicie. Finał, mimo iż przekombinowany, śledziła z zapartym tchem i w pełnym napięciu czekałam na ostateczny ruch śledczego. To wciąż sprawnie napisana historia, ale w porównaniu do poprzednich tomów – zostawia ogromny niedosyt. Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „Przez pewien czas możesz oszukiwać ból, ale on i tak cię dopadnie. Kiedy się trochę rozluźnisz, kiedy opuścisz gardę, kiedy bodaj odrobinę wystawisz głowę ponad krawędź okopu. Do tego czasu wolno nie czuć za dużo.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Smoki, tajemnice i miłość- „Fourth Wing”

    Są takie książki, po lekturze których człowiek siedzi w całkowitym oszołomieniu i po prostu nie wie, jak wrócić do rzeczywistości. „Fourth Wing” Rebecci Yarros to absolutna petarda i światowy fenomen romantasy, który dosłownie powalił mnie na kolana. Czy powieść o brutalnej akademii jeźdźców smoków rzeczywiście zasługuje na cały ten zachwyt?

    • Tytuł: Fourth Wing
    • Autor: Rebecca Yarros
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 13/10

    Dwudziestoletnia Violet Sorrengail miała spędzić życie wśród zakurzonych ksiąg w Kwadrancie Skrybów. Wszelkie plany niszczy jednak jej matka – surowa generał i bohaterka wojenna – która rozkazuje dziewczynie dołączyć do Kwadrantu Jeźdźców Smoków. W świecie, gdzie smoki nie wiążą się z „wątłymi” ludźmi, a jedynie ich palą, a inni kadeci są gotowi zabić Violet tylko ze względu na nazwisko jej matki, przetrwanie wydaje się niemożliwe. Wyjątkowo niebezpieczny okazuje się Xaden Riorson – bezwzględny i potężny dowódca skrzydła. Aby przeżyć, Violet musi wykorzystać cały swój spryt i wolę walki, zanim dopadnie ją wojna lub własne słabości.

    Rebecca Yarros okazała się prawdziwym geniuszem gatunku romantasy – szczerze mówiąc, tak genialnej książki jeszcze w swoim życiu nie czytałam. Stworzony przez nią świat jest niezwykle oryginalny i dopracowany. Nie mamy tu do czynienia z banalnie prostą fabuła, ale równocześnie historia nie jest przekomplikowana na tyle, by czytelnik pogubił się w zasadach tego świata. Początek – jak to zwykle bywa przy wprowadzaniu w nowe uniwersum – potrafi momentami troszkę nużyć, ale tutaj i tak wypada to bardzo dobrze. Od pierwszej strony z niecierpliwością wyczekiwałam, czy Violet w ogóle przetrwa i czy jej misja się powiedzie. Napięcie budowane z biegiem fabuły momentami staje się wręcz nie do wytrzymania!

    Autorka genialnie wykreowała postać głównej protagonistki. Violet pokazuje, że nawet chorowite osoby, zmagające się z własnymi ograniczeniami i słabościami ciała, mogą odnaleźć w sobie niesamowitą, wręcz gigantyczną siłę do walki. Ogromny plus dla Yarros za to, że nie robi z niej niepokonanej heroiny na siłę – mimo ciężkich treningów i wylewania siódmych potów, jej dolegliwości ciągle tam są, co czyni ją potwornie ludzką i wiarygodną. Co więcej – w końcu natrafiłam na postać kobiecą w fantasy, która mimo głębokich uczuć do płci przeciwnej, potrafi zadbać o własne uczucia, myśleć trzeźwo i twardo postawić granice! Co prawda na samym początku, gdy zrozumiała swoje uczucia względem Xadena, wydawała mi się odrobinę desperatką, ale ich relacja rozwija się w fantastycznym kierunku.

    Główny motyw enemies-to-lovers został tutaj rozegrany po prostu genialnie. Fakt, że Xaden jest synem zdrajcy, a matka Violet to surowy generał, stawia ich w kompletnie beznadziejnej sytuacji. Obserwowanie, jak ta dwójka powoli odnajduje siebie nawzajem w świecie, gdzie z założenia powinni się nienawidzić i walczyć o przetrwanie, niesamowicie wciąga. Chemia między nimi dosłownie powoduje iskry w powietrzu. Uwielbiam postać Xadena – z jednej strony jest niezwykle tajemniczy i głęboko zamknięty w sobie, a z drugiej bezgranicznie troskliwy i kochający. Kiedy pod sam koniec książki dostajemy możliwość przeczytania fragmentu z jego punktu widzenia, cieszyłam się jak mała dziewczynka. Myślę, że każda kobieta chciałaby mieć wgląd w myśli swojego faceta – zwłaszcza jeśli chodzi o jego uczucia!

    Xaden tworzy też potężny kontrast dla Daina, który strasznie mnie irytował przez całą powieść. Był niesamowicie zapatrzony we własny czubek nosa i w ogóle nie słuchał Violet ani nie wierzył w jej możliwości. Xaden za to pchał ją do rozwoju i widział w niej prawdziwą siłę.

    Relacja Violet ze smokami – Tairnem i Andarną – to kolejny absolutny hit tej powieści. Są po prostu rozbrajająco zabawni, a momentami śmiałam się do rozpuku z tego, jak bezczelnie sobie dogryzają. Tairn na swój sposób jest dla niej jak ojciec, natomiast Andarna jest po prostu tak przeurocza, że nie da się jej nie pokochać od pierwszej sekundy.

    Gdy dochodzi do starć, opis bitew jest tak realistyczny, że miałam wrażenie, jakbym sama brała w nich udział. Na finałowej bitwie wręcz się popłakałam przytłoczona emocjami, a sama końcówka wprawiła mnie w totalny szok – moje serce dosłownie zgubiło kilka uderzeń! To książka, która zostawia w głowie ślad na bardzo długo. Koniecznie musicie ją przeczytać [w tym miejscu].

    „To był… zaszczyt.”

    „Wystarczy tylko jedno zdesperowane pokolenie, by zmienić bieg historii… a nawet ją wymazać.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Przyjaźń, Rytuał Krwi i Królowa- „Dwór srebrnych płomieni”

    To jest ten moment, na który wszyscy czekaliśmy! Druga część „Dworu srebrnych płomieni” wrzuca nas bez ostrzeżenia na najwyższe obroty, serwując potężną dawkę akcji, emocji i odpowiedzi na pytania, które spędzały sen z powiek. Czy przebudzenie mocy Nesty, wątek ciąży Feyry i Rytuał Krwi spełnią oczekiwania?

    • Tytuł: Dwór srebrnych płomieni część 2
    • Autor: Sarah J. Maas
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 8,5/10

    Akcja drugiej części nabiera potężnego tempa. Nesta wspierana przez Cassiana oraz swoje nowe przyjaciółki – Gwyn i Emerie – stawia czoła nie tylko tajemniczym Skarbom Grozy, ale przede wszystkim morderczemu Rytuałowi Krwi. Nad Prythianem wisi widmo ataku ze strony królowej Briallyn, a kluczem do przetrwania staje się nieokiełznana, przerażająca moc Nesty. To książka pełna dynamiki, poświęcenia i ostatecznego odkupienia dawnych win.

    Druga część tomu to prawdziwa jazda bez trzymanki – dostajemy tu mnóstwo wartkiej akcji, potężnych emocji i niesamowitego tempa. Książkę czyta się błyskawicznie i po prostu nie sposób się od niej oderwać. Niezwykle poruszające jest obserwowanie, jak ogromną i ciężką pracę nad samą sobą wykonała Nesta. Jej wewnętrzna przemiana, powolne wyciąganie siebie z mroku oraz moment, w którym w końcu pokazuje pełnię swojej potężnej mocy, to po prostu majstersztyk w wykonaniu Maas. Ostateczne poświęcenie Nesty i wyciągnięcie ręki do sióstr stanowiło niezwykle wzruszające zwieńczenie jej trudnej drogi do wyleczenia dawnych ran.

    Niezwykle mocnym filarem tej części jest piękny wątek przyjaźni Nesty, Gwyn i Emerie. Obserwowanie, jak ich relacja rozwija się od braku zaufania do potężnej, głębokiej więzi, jest po prostu genialne. Rytuał Krwi – który sam w sobie wyszedł spektakularnie – ukazał to w stu procentach. To, jak te kobiety bezwzględnie się ratowały i pokładały w sobie ogromne zaufanie w skrajnych warunkach Góry Ramiel, trzymało w napięciu do samego końca! Na ogromnego plusa zasługuje również relacja Nesty i Cassiana, gdyż chemia między tą dwójką jest absolutnie genialna, a w powietrzu dosłownie iskrzy od emocji.

    Żeby nie było jednak tak kolorowo, mam też swoje małe ale. Wątek ciąży Feyry potwornie mnie irytował, a zwłaszcza momenty kiedy Rhysand wycisza sprawę i ukrywa przed własną partnerką fakt, że i ona i jej dziecko są w śmiertelnym zagrożeniu. Feyra miała prawo wiedzieć o tym od samego początku! Dodatkowo rozwiązanie wątku starej królowej Briallyn poszło według mnie trochę za szybko. Po tak długim budowaniu zagrożenia, sam finał tej historii sprawiał wrażenie przysłowiowego pstryknięcia palcami – puff i po sprawie. Totalny niedosyt w tym aspekcie. Ale za to po tym, co wydarzyło się na koniec książki, jestem niesamowicie ciekawa dalszej historii Erisa, a nawet z chęcią przeczytałabym kilka rozdziałów z jego punktu widzenia.

    Mimo tych drobnych minusów, książka jest w 100 % warta polecenia. To porywająca, wartościowa historia, która zostawia apetyt na więcej i sprawia, że już nie mogę się doczekać kolejnych części! Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „Zabiłabym każdego, kto sprawił, że poczułeś się gorszy, niż jesteś. Wiem też, że należę do tej grupy, i nienawidzę tego.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

  • Skarby Grozy, traumy i mrok – „Dwór srebrnych płomieni”

    Po domknięciu historii Feyry i Rhysanda przychodzi czas na potężne przetasowanie i zupełnie nowy rozdział w serii. „Dwór srebrnych płomieni” (część 1) przesuwa obiektyw na Nestę i Cassiana – dwójkę bohaterów z ogromnym bagażem traum i mnóstwem niedokończonych spraw. Czy przeniesienie ciężaru narracji wyszło tej książce na dobre, jak wypada odmieniona Nesta i dlaczego Rhysand budzi tu tak skrajne emocje?

    • Tytuł: Dwór srebrnych płomieni część 1
    • Autor: Sarah J. Maas
    • Gatunek: Romantasy
    • Moja ocena: 7,5/10

    Prythian z trudem odbudowuje się po wyniszczającej wojnie z Hybernią, ale nad światem Fae wciąż wiszą nowe, niebezpieczne groźby. Nesta Archeron, nie potrafiąc poradzić sobie z powojenną traumą i własną, niechcianą przemianą, zatraca się w samozagładzie. Zmuszona przez najbliższych do zmiany swojego dotychczasowego życia, trafia pod opiekę Cassiana – dowódcy wojsk Dworu Nocy. Podczas gdy między tą dwójką wybuchają dawne spory i tłumione emocje, na horyzoncie pojawia się mroczne zagrożenie związane z legendarnymi Skarbami Grozy i niebezpiecznymi sojuszami. To opowieść o wychodzeniu z najgłębszego mroku, konfrontacji z własnymi demonami i walce o odzyskanie kontroli nad włanym losem.

    Przejście od historii Feyry i Rhysanda do Nesty i Cassiana okazało się strzałem w dziesiątkę. To fantastyczny krok ze strony autorki, że nie ciągnęła na siłę ich perspektywy jako głównych bohaterów- ich wątek schodzi na drugi plan i stają się postaciami pobocznymi, dzięki czemu na pierwszy plan mogli wreszcie wejść ci, wokół których narosło mnóstwo pytań. A wątków do pociągnięcia jest całe mnóstwo: świat po zburzeniu Muru wymaga przecież ponownego poukładania, a w tle wciąż wiszą nierozwiązane sprawy z Bryaxis, Lucienem, Erisem, Kościejem czy królową Briallyn.

    To, jak autorka poprowadziła postać Nesty, zasługuje na najwyższe uznanie. Maas po raz kolejny udowadnia, że nie potrafi tworzyć płytkich bohaterów – każdy z nich ma swoją własną, poruszającą głębię i własną historię do opowiedzenia. Droga Nesty jest jednak wyjątkowo surowa i prawdziwa. Widzimy tu niezwykle realistyczny obraz osoby zmagającej się z głęboką depresją po traumatycznej stracie ojca i drastycznej, niechcianej przemianie w Fae wysokiego rodu. Autorka genialnie pokazuje, że wychodzenie z dołka nie jest prostą, usłaną sukcesami ścieżką – to ciągłe wzloty i upadki, które są absolutnie naturalnym etapem leczenia ran. Sam początek powieści, gdy rodzina stawia jej twarde ultimatum i każe wziąć się w garść, był dla mnie wyjątkowo ciężki do przebrnięcia, Z drugiej strony uważam, że nawet takie trudne fragmenty są w książkach niezbędne, by w pełni zrozumieć i docenić długą drogę, jaką ta postać przeszła i jeszcze przejdzie.

    Niezwykle ciekawie wypada też dynamika relacji głównej pary. Podoba mi się, że chociaż Cassian ma w pewien sposób zaopiekować się Nestą, nie próbuje on rozwiązywać problemów za nią. Generał nie wchodzi w rolę wybawiciela na siłę, lecz staje się dla niej prawdziwym wsparciem i opoką. Z kolei Rhysand wyrasta tu na najbardziej irytującą postać poboczną – jego zaborczość oraz wręcz uderzająca nienawiść do Nesty były momentami trudne do przełknięcia.

    Akcja książki wyraźnie przyspiesza gdzieś od połowy – w czym ogromna zasługa wprowadzenia wątku poszukiwania mrocznych i niezwykle niebezpiecznych Skarbów Grozy, które potężnie podkręcają atmosferę zagrożenia. Choć całościowo nie jest to jeszcze poziom trzymania w napięciu z pierwszych trzech tomów i w bezpośredni porównaniu uważam tę część za nieco słabszą, to sam motyw owianych tajemnicą artefaktów zdecydowanie daje radę i wciąga. Przekonajcie się sami [w tym miejscu].

    „-Poprowadzę cię tą drogą – szepnął. – Po prostu mnie nie odpychaj. Jeśli chcesz jeszcze przez tydzień wędrować w ciszy, w porządku. Pod warunkiem, że w końcu do mnie przemówisz.”

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *