Nowi wrogowie, Smoki i skrywane sekrety – „Iron Flame”

Autor:

w

Są takie książki, na które czeka się z zapartym tchem, a po lekturze jedyne co człowiek potrafi z siebie wykrztusić, to bezwzględne „uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! „. „Iron Flame”, czyli druga część fenomenu „Fourth Wing” Rebecci Yarros, to potężna dawka emocji, która totalnie mnie zaszokowała. Czy autorka udźwignęła ciężar ogromnych oczekiwań po genialnym pierwszym tomie?

  • Tytuł: Iron Flame
  • Autor: Rebecca Yarros
  • Gatunek: Romantasy
  • Moja ocena: 12/10

Rewolucja stała się faktem, a Violet Sorrengail znalazła się w samym jej centrum. Po dramatycznych wydarzeniach w akademii Basgiath dziewczyna musi stawić czoła nowej rzeczywistości, w której zdrada, sekrety i polityczne gierki są na porządku dziennym. W świecie, gdzie smoki i jeźdźcy muszą zmierzyć się z przerażającym wrogiem, Violet odkrywa, że prawda o jej królestwie jest mroczniejsza, niż kiedykolwiek przypuszczała. Aby ocalić tych, na których jej zależy, musi zaryzykować wszystko – w tym relację z Xadenem, który sam skrywa tajemnice mogące zniszczyć ich oboje.

Szczerze mówiąć, po skończeniu „Iron Flame” wciąż zbieram szczękę z podłogi. Ta historia to absolutny emocjonalny rollercoaster, który trzymał mnie w napięciu do ostatniej strony. Nawet początek, mimo że spokojniejszy i pozbawiony od razu wielkiej akcji, był super – genialnie wyjaśniał całe zamieszanie po finale pierwszej części i rzucał nowe światło na ten brutalny świat. Rebecca Yarros po raz kolejny udowodniła, że potrafi budować napięcie. Z każdym rozdziałem stawka rośnie. Świat mocno się rozrasta i fabuła nie skupia się wyłącznie na Jeźdźcach Smoków, ale oddaje sprawiedliwość oraz należny kredyt również Skrybom czy Jeźdźcom Gryfów.

Dynamika między Violet a Xadenem w tym tomie to temat rzeka. Momentami ich relacja była dla mnie potwornie irytująca. Ciągły brak zaufania, ukrywanie tajemnic i teksty Riorsona w stylu „musisz mi zaufać, ale nic ci nie powiem” to były dla mnie ewidentne „red flags”. Z drugiej strony świetnie autorka pokazała, jak ciężko było mu się otworzyć przed drugą osobą. Mimo swoich oporów dawał Violet furtkę do poznania go, co ostatecznie prowadziło ich przynajmniej do częściowego przepracowania nawarstwiających się problemów. Chemia między nimi wciąż rozwala system, ale widać, że miłość w tak okrutnym świecie wymaga ciągłej pracy.

Jeśli chodzi o pozostałe postaci, to co do Daina mam wciąż mocno mieszane uczucia. W „Iron Flame” wypadł co prawda o wiele lepiej i widać w nim zmianę, ale ja nadal nie potrafię przejść do porządku dziennego z tym, co zrobił w pierwszym tomie. Za to absolutną gwiazdą tej części stała się dorastająca Andarna. Fragmenty z nią są po prostu rozbrajająco zabawne – zachowuje się jak typowa, humorzasta nastolatka, a ja uśmiałam się na jej kwestiach niesamowicie mocno! Yarros doskonale radzi sobie także z wprowadzaniem nowych bohaterów. Weźmy taką Cat – na początku strasznie mnie irytowała i zastanawiałam się, po cholerę w ogóle dodano tą postać, poza robieniem za piąte koło u wozu i sztucznego antagonistę. Z czasem jednak widać jej wyraźny rozwój. Autorka ewidentnie wie, co robi – postaci, które na pierwszy rzut oka wydają się nieistotnymi, z czasem zyskują głębszy cel.

Sama końcówka i finałowy zwrot akcji mnie rozwaliły – doprowadziły mnie do momentu, w którym po prostu płakałam, a chwilę później miałam ochotę krzyczeć. Co najważniejsze, ten dramatyczny krok nie jest zrobiony na siłę – postać podjęła swoją decyzję w konkretnym celu i totalnie rozumiem ten wybór. „Iron Flame” to książka, którą się po prostu chłonie, która potrafi ugodzić w najczulszy punkt, ale którą kocha się każdą komórka ciała. przekonajcie się [w tym miejscu].

„Aotrom wydmuchuje gorący podmuch pary nad naszymi głowami. Wszyscy trzej lotnicy dostają w twarz nie tylko parą, ale też… czy to gluty?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *